Jedziemy przez pustkowia. Dosłownie. Droga na wprost, z jakiegoś powodu geodeta poprowadził ją lekkim wężykiem. Za to wrażenie na mnie robi jak tutaj jest wszystko przemyślane jakby twórca był krok przed twoją potrzebą. I tak co kilka mil jest wytyczony specjalny pas żeby się wyprzedzić, czy zatrzymac, zawrócić. Wrażenie robią na mnie też znaki drogowe. Po pierwsze jest ich zdecydowanie mniej niż w Polsce. I w większości są tekstowe, a nie obrazkowe. Język angielski ma to do siebie, że potrzebuje znacznie mniej słów niż polski żeby przekazać to samo. Jednocześnie brzmi to jak prośba, której niesposób odmówić.

I jedziesz. I jedziesz. I jedziesz. Michał miał policzone ile każdego dnia mamy do przejechania. Ale nie liczył, że po samym parku np. też się jeździ. Także jedziesz, i jedziesz, i jedziesz.

Miasteczka przez które przejeżdżamy wyglądają niczym z planu filmowego, albo komiksu. Jakby je ktoś przed chwilą od linijki postawił. Wyglądają na małe. Po środku niczego. Nie mogłabym tam mieszkać. Przyzwyczajona jestem po pierwsze do zieleni albo szarości w zależności od pory roku. Po drugie szanuje sobie, że chodnik biegnie nie tylko wzdłuż jednej drogi, kilku skrzyżowań. Cenię sobie parki zamiast sztucznej trawy. Lubię to, że do knajpy raczej idziesz, siadasz na ogródku, a nie jedziesz. To tak z grubsza.To jak nie male miasteczko to może takie okładkowe? San Francisco? Ja politologiem nie jestem. Może i dobrze, bo Stany widziałabym tylko oczami wyobraźni. Ale politykę lubię. Kiedyś interesowałam się bardziej teraz jak wiadomo jestem człowiekiem raczej bez zainteresowań. W każdym razie spór pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem jest tematem dobrym przy każdej ilości alkoholu i w każdym wieku. Osobiście nie byłam w kraju bardziej kapitalistycznym niż Ameryka. Albo tak. Nie byłam w kraju, w którym bez głębszej analizy widać, że część mieszkańców ponosi dotkliwe konsekwencje swoich wyborów albo wyboru losu. Tylko, że ta skala jest tak ogromna, że A) zdaje się, że poprzeczka podniesiona społeczeństwu jako ogółowi jest za wysoka. B) nawet ten super hiper zaradny rekin nie jest w stanie udawać, że tego nie widzi. Jesteś w 4 na świecie najdroższym mieście. I wysiadasz kuźwa z rodzinami na przystanku w ścisłym centrum. Wpadasz w getto, ludzie majaczą na ulicy, a z pobliskiego kontenera cieknie stróżką krew pomieszana z moczem. Atmosfera jest taka, że dzieci milkną i przyspieszają kroku. System jest taki, że chorzy psychicznie są wywalani ze szpitala jak nie są w stanie finansować swojego leczenia i ladują na ulicy.

Fontanna Vaillancourt. Na dole platformy. Tak zmyślnie wymyslone, że mozesz jakby wejść do srodka. Jakieś dzieciaki po nich skaczą. Na jednej śpi bezdomny. Emilia mówi mi: „o mamo, patrz zabity.” Ekhm. Tłumaczę jej o co chodzi. Ale Emilia z zasady nie przyznaje się, że czegoś nie wie- to rodzinna cecha. Mamo, ja wiem, że to zabity, przecież widziałam takiego kiedyś w przedszkolu.

Acha.

If you’re going to San Francisco Be sure to wear some flowers in your hair If you’re going to San Francisco You’re gonna meet some gentle people there.Tak. Gentle People też byli. Może nawet i nazbyt delikatni żeby wytrzymać ten świat.

Opowiadam o tym co obserwuję. Trzeba mieć też na uwadze, że głównie obserwuję jednym okiem gdyż drugim zerkam czy moje dziecko nie dławi się kamieniem. Co następuje może się zdarzyć, że moje obserwacje są niepełne. Na szczęście jednak dziecko niezadławione, więc jakaś tam skuteczność jest. Połknięte kamienie acz oddane matce naturze w sposób naturalny też zaliczam jako sukces. Ja lubię sukcesy.

To jeden z moich sukcesów. Swoją drogą starałam się możliwie często prowadzić kampera. Bardzo to odprężające uczucie. Piękne widoki, dom na kółkach za Tobą. Jakbym to miała opisać to towarzyszy mi wtedy takie poczucie sprawczości.

Moje piękności.

Z Joshua Tree Park ruszyliśmy w stronę ikony pętli Zachodniego Wybrzeża – Gran Canyonu. Pierwszy raz zetknęliśmy się zjawiskiem korka do wjazdu do parku, ale po odstaniu swojego zaczęliśmy poszukiwać miejsca do zaparkowania. Niby Ameryka, niby duże samochody, ale uwierzcie mili Państwo,  że to nie jest takie proste żeby zaparkować w jednym czasie takie krowy. Po zrobieniu kilku kółek, nerwowym przerzucaniu siatki z zabawkami dla Julki udało się stanąć nie blokując przy tym całego parkingu. To idziemy. Szukać tej dziury w ziemi.

O matko z córką. No tego to się nie spodziewałam. To jest jakby największe co w życiu widziałam tylko, że w dół. Mogę sobie zdjęcia wrzucić do woli, a to i tak nic nie da. Ponoć taka przejrzystość powietrza jaka mieliśmy to rzadkość.  Nie wiem. Wiem, że rzadko widzę coś co zrobiło na mnie takie wrażenie. Nie wiem do czego to porównać. Spróbuję jakoś lirycznie. Jebitny dół.

Mówiłam, że nie będzie widać jak to jest wielkie.

Dalej nie widać. Ale pomyślcie jakie to musiało na mnie wywrzeć wrażenie, że usiadłam. Co do zasady ostatnio mało siadam. A i w kamperze głównie na kolanach.

Zdobywca w iście górskim obuwiu. A w ogóle. Byłam pierwszy raz w życiu na wycieczce i podczas pobytu nikt, ale absolutnie nikt nie zwrócił mi uwagi na to, że ciągam za sobą małe dziecko. Przysięgam ani jednej uwagi.

I pięknie to mieli zorganizowane. Trzeba oddać. Tu autobusik, scieżynka wzdłuż. Można było albo jeździć od przystanku do przystanku. Albo UWAGA będzie wskazówka- przejść. Tak, przejść. Na to rozwiązanie wpadło 5 % odwiedzających. W związku z tym poza przystankami było pusto. Pytanie czy jesteśmy mędrcami czy jednak głupkami. Ja to już czasami nie jestem taka pewna.
Ostatnio pewien młody człowiek spotkany nad jeziorem o 5 rano uzmysłowił mi jak różny może być punkt widzenia.
„Kim chcesz być po studiach?”- zagajam ciekawska. „Trenerem personalnym”- dumnie odpowiada kolega. Fajny zawód pomyślałam i dodałam- „w zasadzie daje Ci dużą wolność. Znając język możesz być trenerem dla kogo tylko chcesz i na przykład przez pół roku z rana we Włoszech popijać kawkę przed pracą”. Koledze zmętniał wzrok. „Ale przecież w Kędzierzynie też sobie mogę kawę zrobić, to po co jeździć”. Także jak widzicie. Stąd nie wiem czy sprytni są Ci, którzy po Gran Canyonie chodzą czy Ci, którzy jeżdżą.

Camping na terenie Parku. Przyszedł sobie zwierz i paczy.

Tego dnia nocowaliśmy na terenie parku. Ponieważ tak naprawdę mieliśmy jakieś 15 minut do Canyonu to wszyscy zdecydowali się pojsc na zachód słońca raz jeszcze. Poza mną i Julią. Generalnie pora dnia nigdy nie była dla mnie przeszkodą żeby do kogoś pójść, czy nawet wpakować dziecko w wozek i iść coś zjeść do knajpy. Ale są takie dni, że wiesz, że jak coś pójdzie nie tak to tego nie udźwigniesz. Mi się cholernie podobało tam w ciągu dnia i to wspomnienie chciałam stamtąd wziąć. I właśnie. Generalnie uważam, że czasami czegoś nie da zrobić( lista jest mocno indywidualna), to lepiej się nie pchać, żyć iluzją i marzeniami. Ja chyba nie najlepiej znoszę rozczarowania. A te sobą to już najgorzej.

Wyglądało to zacnie. Opowiadali, że się opłacało pójść.

Oni mnie rozczulają razem. Są odbiciem siebie. Oboje bystrzy, skupieni na celu i waleczni o swoje przekonania.

Pozostając w klimacie czerwonych dziur pojechaliśmy na Horseshoe bend. No i spoko, krótki spacer, ładny widok. Ludzi sporo, ale trudno się dziwić.

Natura potrafi.

Tak wygląda człowiek stworzony do wakacji.

Zaczęło wiać. Wpakowaliśmy dziewczyny w wozek i odwrót. Tymbardziej, że mieliśmy zarezerwowaną kolejną atrakcję czyli kanion antylopy. Ja się boję takich wycieczek z małymi dziećmi. 1.5h w tempie, z przewodnikiem, ciasno i dyscyplina. Sztandarowe miejsce, więc dobra zcisnę zęby. I wiecie co. Wiało tak, że odwołali wszystkie wycieczki tego dnia. Oddali kasę. Nawet mi żal nie było. A może i się cieszyłam.

Kamper daje ogromne możliwości, ale też i ograniczenia. Jeszcze będąc w Polsce zorientowaliśmy się, że do Monument Parku kamperem to nie wjedziemy. Zdecydowaliśmy się, więc na wycieczkę otwartym jeepem, a ponieważ byliśmy liczną grupą to była to prawie wycieczka indywidualna. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie największe wrażenie w Stanach. Wiatr we włosach, piękne widoki, ciepły piasek pod nogami. Dzięki temu, że Pan kierowca miał układy układziki z Indianami, którzy szaleńczo dalej zamieszkują nawet na terenie samego parku moglismy wyjechać poza standardową trasę. Ach. To był mój ulubiony dzień. Dzieciaki były tak wybiegane i wytrzęsione, że usnęły w drodze powrotnej na naszych kolanach. A każdy szanujący się rodzic wie, że nie ma nic lepszego od śpiących dzieci i to w tym samym czasie.

Miła zapowiedź tego co nas czeka.

Pierwszy widoczek.

I w drogę!

Łuk poza standardową pętlą.

I kolejna ukryta formacja.

Przygoda na jednym zdjęciu.

Ja się nie dziwie, że Emilia orzekła te wakacje najlepszymi w życiu. Składało się na to wiele rzeczy. O tym później.

Pustynny klimat. Ciepło łamane przez gorąco, ale raczej do wytrzymania. Bang! Nie do wytrzymania jak się ma 39 stopni gorączki. Juleczka pampuleczka zaczęła mocno marudzić, gorączkować, nie spać. Ech. Emilia w kwestii chorób przetrenowała nas mocno. Ale nauczyła też żeby nie panikować. Przynajmniej nie tak od razu. Zaczęliśmy, więc jakieś ruchy, gdy objawy wymykały się poza to co znaliśmy. Łatwiej niż szpital było znaleźć internet. Wyratowała nas rodzina Skorupów sprzedając know-how diagnostyczny i Pani Ania, która zamiast filmów z pustyni oglądała dziewczęce gardło. Angina. Kamper nr 2 posiadał medykamenty pasujące do schorzenia w kamperze nr 1. To gonimy koleżków. Przy wjeździe do Arches Parku Michał rozpoczyna nawoływania Kuby przez walki talki. I widać ten usmiech na twarzy gdy go słyszy.

Michał z chorą Julusią.

Przerwa na obiad w Goblin Valley. Uwielbiam to w camperze, że nie traci się czasu i widoków na knajpy. Jesz co chcesz i gdzie chcesz. Przy aktualnym stanie rodzinnym to najlepsze wyjście.

Wieloryb jak w mordę.

Arches Park był super, oprócz czerwieni pojawiały się skaliste góry. Ale nam się nie udał. Mocno zmęczeni chorobą Julci byliśmy drażliwi na zaczepki Emilii, która tego dnia postanowiła się z nami pokłócić, obsikać sandały, wylać Laurze wodę. Także ulało się wszystkim. Bywa i tak.

Łuki, na które Michał nawet nie dotarł, bo pokłócił się z Emi 🙂

Krótki spacer dający namiastkę utraconego kanionu antylopy.

Widok, którego nie widziałam, bo… popłakałam się w camperze, że Julka wstała po 10 min drzemki i będzie jazda z zabawianiem jej w drodze na camping. Ja jestem stabilna emocjonalnie zawsze, tylko poza czasem kiedy nie jestem.

Po drodze zaczyna się pojawiać zieleń. Jednak szybko wracamy do pustynnego klimatu,

Pamiętacie co pisałam, że są swoim odbiciem?

Przed nami ostatni Park o pustynnym klimacie. Tęsknimy trochę za zielenią. Chłopcy wieczorem przygotowują w szczegółach do kolejnego dnia. Wychodzi im, że powinniśmy wstać możliwie wcześnie, bo na małym parkingu może nie być później miejsca na nasze samochodziki. Początkowo z Michałem ignorujemy te wiadomość i postanawiamy jechać normalnym trybem licząc na to, że jakoś to będzie, bo jakoś to było. Rano jednak wrzucamy dziewczyny z łóżek do fotelików licząc na to, że na śpiocha dojedziemy. Wstały obie.

Cdn.
Share: