Idę oddać książki do biblioteki na ul. Kościuszki. Na chodniku stoi zaparkowany samochód, otwarte wszystkie drzwi, właściciel odkurza wnętrze. Przejść się oczywiście nie da. Twarz układa się w znany grymas zniesmaczenia, zażenowania w głowie cisną się wiązanki. Stop- sobie myślę. Przecież ten gość odkurza sobie auto. Co by zrobił Amerykanin? Zagadałby , przywitał się życzył miłego dnia. A we mnie już ten mały polaczek jątrzy. Rozprostowałam twarz po czym pojawiło się coś na kształt uśmiechu, chyba bardziej z siebie. Ale zawsze. Tego amerykanom zazdroszczę. Optymizmu, nie wymuszonej serdeczności, radości. To było czuć na każdym kroku. Czy to od Pani w sklepie, czy rangera, który sprzedawał bilety w parku, czy przechodnia na ulicy. Tam nikt nie chciałby Cię zbesztać, bo odkurzasz auto.

Chciałam kupić sobie puszkę coca coli. Ekhm. Co ona taka ciężka? Moment, jest połączona przezroczystym plastikiem w 20 sztukowa zgrzewkę. A może ktoś ma ochotę na litrowy ketchup? Wezmę najmniejszy, ten 500 gramowy. Kto jest w stanie w tydzień wypić 5l mleka? Może komuś obrane jabłuszko? Albo na obiad danie instant, ale takie #bio #vege #organiczne #bezglutenu #cotam chcesz. Zakupów w USA trzeba się uczyć na nowo. Po miesiącu obracania się po amerykańskich marketach miałam wrażenie, że Biedrze sprzedają humus w opakowaniach dla mikrusów. A żeby dobić do znanej mi paczki boczku z Walmartu musiałabym wziąć cztery polskie.

Co ciekawe nie zmarnowaliśmy tam prawie nic. Magia? Nie. Zabójcze ceny.

Jagoda w maju mam targi w Stanach, zostaniesz z dziewczynami? Szkoda, że jesteśmy spłukani, bo moglibyśmy polecieć wszyscy- zagajał Michaszke. Policz mi ile to będzie kosztować, może coś wykombinujemy – odparłam. Po kalkulacji siadłam do magicznego Excela w którym prowadzę nasze finanse domowe , który przy półrocznym zaciskaniu pasa i prezencie w postaci biletów od mamy dał zielone światło. Klamka zapadła – jedziemy. Ale excel nie przewidział, że za dwa dni wybuchnie wojna, że Glapiński będzie podnosił stopy procentowe jakby przegrał w jakiś przypałowy zakład, a gaz stanie się nowym złotem. I przyszła chwila zwątpienie czy aby na pewno to była dobra decyzja. Do samego wyjazdu nie umiałam się tym w pełni cieszyć.
Julcia z leżącego na macie aniołka zmieniła się w zbója aka chochonia, który tylko patrzył żeby coś urwać, zepsuć, wywalić, rozkopać. I najlepiej wszystko będąc prowadzona za rękę mamy. Polecam tak komuś schować pranie, obiad ugotować. Dzień w dzień. Dzień w dzień. Ja rozumiem, że każda mama kocha swoje dzieci, ale naprawdę czułam, że mi się mózg zapada. Bywały więc momenty, że Julia wyła, a ja razem z nią. Ściany wszystko przyjmą i potrafią dochować tajemnicy. Bo to jest tak, że możesz mieć najwspanialszego męża świata, mamę, która przychodzi jak może, ale na końcu tego wszystkiego człowiek jest sam. Czy bolą plecy, czy męczy kaszel, czy masz gorączkę to jesteś sama i musisz sobie dać radę przez większość czasu. Dom skończony, żadnych zadań, które bilansują jedynie bycie trzymakiem dla tuptusia i kompletny brak funduszy na sferę rozrywki, która szybko choć zazwyczaj krótkotrwałe podnosi morale. Jedynak czy dobrze czy źle czas płynie, także dotrwaliśmy do dnia wyjazdu. Oczywiście jak mogę narzekać? Tam wojna, tu choroba. Ano mogę. Już się nauczyłam, że mogę mówić o tym co jest słabe, bo tylko wtedy można coś z tym zrobić. Zresztą, samo mówienie jest oczyszczające.

Nasze podróże z czasem stały się coraz bardziej spontaniczne. Był kierunek, jakieś luźne punkty na mapie, czasami nocleg. W przypadku Stanów jednak powstał solidny PLAN. Kuba i Michał zdzwaniali się parę razy żeby podzielić się przygotowaniami. Rezerwowanie campingów w Stanach jest bardzo karkołomne, ale niestety w większości przypadków konieczne. Na spanie we wszystkich parkach narodowych na trasie nie mieliśmy szans. W przypadku Yosemite musieliśmy brać udział w loterii żeby w ogóle tam wjechać. W Ameryce blisko znaczy europejskie daleko. I tak camping oddalony 30 min od atrakcji, plus często gęsto przejechanie jeszcze kolejnych 30 minut po samym parku, to była okazja. Męczące i stresujące było to planowanie. Przyzwyczailiśmy się, że większość rzeczy można wyklikać w apce. No a tutaj to wywaliło błąd, to płatność nie przeszła i trzeba było zadzwonić i podać numer karty, pin, cvv i rozmiar buta. Do mnie i tak docierały tylko skrawki całej pracy wykonanej przez chłopaków. I chwała im za to, bo bez tego byłaby klapa, dupa, umarł w butach. Dlaczego? O tym potem.

Wybraliśmy bezpośredni nocny lot. Z Warszawy, więc do stolicy wybraliśmy się do Skorupów dzień wcześniej. Jeszcze tylko emocjonujące oczekiwanie na negatywny wynik testu i wygląda na to, że lecimy. Dziesiątek dokumentów i formalności, które musieliśmy spełnić ostatecznie nie sprawdził nikt. Steward z Lotu jedynie uprzejmie zapytał czy wszystko mamy.

Takie tam najpotrzebniejsze rzeczy. W Los Angeles żeby wsiąść do taksówki musieliśmy najpierw załadować się do busa. Kierowca musiał wypraszać ludzi, bo po władowaniu wszystkiego Michał i Emilia się nie zmieścili. I tak. Wiozłam kaszkę mannę.

Samym lotem nie przejmowałam się w ogóle, bo to tylko 12h. I słusznie, poszło bardzo łatwo. Świetne miejsce z kołyska pozwoliło przejść przez podróż bezboleśnie.

Dziewczyny podróżowały niczym w business class. Wystartowaliśmy około 17.00, o 19 Julia się odmeldowała. Emilia zachwycona dostępem do rozrywki pokładowej o 22.00 stwierdziła, że już wystarczy i poszła spać. Gdybyśmy lecieli w dzień Julia podejrzewam rozniosłaby ten samolot.

Bezboleśnie za to nie przeszła zmiana czasu. Przez dwa dni budziliśmy się o 3 i kręciliśmy się po 28 metrowym pokoju do 6, aż otworzą sklep. I mimo, że udawało nam się wytrzymać do 18.00, znów zegar biologiczny płatał figle i to bardziej nam niż dziewczynkom. Następnej nocy jednak nastąpił przełom i żyliśmy już nowym trybem.
Michał pierwsze trzy dni w LA pracował. Pierwszego dnia tylko parę godzin, więc przeszliśmy się razem, a ja wyszukiwałam jakiś miejsc do których mogłabym chodzić z dziewczynkami jak Michał zacznie pracować full-time. Kolejnego dnia dołączyła do nas rodzinka z kampera numer dwa. Nie widzieliśmy się 20 lat. Z Kuba znaliśmy się z podstawówki. Matematyczny geniusz, kumpel od planszówek, kolega z ławki na lekcjach geografii. To chyba wystarczy żeby pojechać razem na miesiąc na wakacje, nie?

Dokładnie tak sobie wyobrażałam amerykański motel. Możesz zaparkować prawie, że w sypialni.

Początkowe wrażenie dotyczące Los Angeles było takie, że miasto jak miasto. Plaża przy 20 stopniach i zimnym oceanie też nie robiła roboty. Emilka za to ze szczęściem na twarzy obserwowała mewy rozszarpujące pobliski śmietnik. Bardzo ciekawa i zadbana była roślinność. Wpatrywałam się w sukulenty wielkości ludzkiej głowy. Niestety ilość bezdomnych i ich koczowisk skutecznie przypominało z czym się mierzy miasto i jaki finał może mieć każdy, nawet amerykański sen. Gdy wyjechaliśmy poza Long Beach było jeszcze gorzej. Kropką nad „i” był obszczany plac zabaw i ludzkie gówno po środku pięknej rabatki. Ostatecznie ostatnie przedpołudnie przed odbiorem kampera spędziliśmy na krawężniku przed motelem. Miasto Aniołów. Ta. Chyba mam inne wyobrażenia o niebie.

I to jest piękne obrazkowe podsumowanie Los Angeles.

Dzieci są dziećmi. Jest piach, jest woda. Gra. A ty matka się czepiasz, że nieładnie. Dorośli to w ogóle się nie znają na pewnych sprawach.

O i kolejna atrakcja. Za free.

Odwiedziliśmy „kultowe” kanały w Venice. Wiadomo, że to jest subiektywne. Ale moim zdaniem zawracanie głowy. Ale żeby nie było tak już bardzo narzekająco, to powiem, że była piękna rośliność.

Zdjęcie plaży podczas zachodu słońca Santa Monica pobrane z neta.

I jakby to powiedzieć- rzeczywistość. Pragnę także zwrócić uwagę, że dzieciaki miały super fun. Po co to robię? Żeby pokazać, że nie wszystko złoto co się świeci.

Nadszedł dzień 0. Ponieważ kampera mogliśmy odebrać dopiero po 13, a mieliśmy sporo do przejechania podzieliliśmy się na 2 podgrupy operacyjne. Ja z Kubą ruszyliśmy na zakupy zadebiutować w Walmarcie. Milena z Michałem i dzieciakami wraz z całym majdanem czekali na kampery. Po 2h formalności (na parkingu stało chyba ze 100 kamperów, a proces był tak chaotyczny jakby wypożyczali kampery od 3 dni) jedziemy w drogę. Park Joshua Tree.

Nasze bagaże i zakupy. I to jest najlepsza zachęta do tego żeby zapakować to raz do kampera zamiast wypakowywać codziennie pod motelem.

I ruszamy. Chłopcy odpalili krótkofalówki. Później to już uzależnili się od swoich głosów.

Nie rezerwowaliśmy noclegu, bo między Bogiem, a prawdą nie wiedzieliśmy jak daleko dojedziemy. Wsadź popołudniu Julcie na 3h do fotelika. Gdzie ona ostatni raz siedziała chyba w łonie matki. Chociaż też pewnie nie. Poszło nadzwyczajnie sprawnie. Nagroda przyszła szybko. Krajobraz był dla mnie nieznany. Nie widziałam takiego obrazka na żadnym z dotychczas odwiedzonych kontynentów. Na Jana wjechaliśmy na camping, stanęliśmy na wolnym miejscu i zaczęliśmy gotować. Po godzinie przyjechali ludzie na miejsce, na którym staliśmy z Michałem. Michał wraz z Mileną ruszył szukać internetu, żeby legalnie coś zarezerwować. Gdy po chwili zaczęli wywalać też Kubę zostałam sobie z 3 dziewczynami po środku niczego. Ciemno jak w dupie, Kuba próbuje gdzieś zaparkować. A dziewczyny? Od godziny bawią się kamieniami nieświadome, że pojawił się pewien element niepewności.
Nie lubię mówić, że głupi ma szczęście. Wolę, że szczęście sprzyja lepszym. Tak też było. Milena i Michał wrócili z tarczą. Zrobili rezerwację dwóch miejsc, z których nas już nikt nie wywalił. I pozostaliśmy jak się okazało na jednym z piękniejszych campingów podczas wyjazdu. W samym sercu parku narodowego.

Bardzo klimatycznie. Powinnam podkręcić te foty żeby było bardziej czerwono jak w rzeczywistości. Ale a) i tak tego zdjęcia nie oddadzą, b) cały świat podkręca, więc sobie daruję.

I przy tym stole wypiliśmy pierwszą amerykańska IPĘ. Rano zjedliśmy śniadanie. Po Los Angeles wszyscy tylko odetchnęliśmy z ulgą. Pięknie tu.

Uczyliśmy się nowej rutyny kamperowej. Okazało się, że jesteśmy dużo wolniejsi niż w Szwajcarii, gdyż Julia- wyrwi rączka lub raczej wyrwi palec potrzebowała ciągłej asysty któregoś z rodziców. Także zanim zrobiliśmy śniadanie, ogarnęliśmy wnętrze na wyjazd to akurat robiła się śpiąca. W większości przypadków, więc dzień wyglądał tak, że koło 10 przejeżdżaliśmy 2-3h wykorzystując drzemkę, potem szybki obiad i kręciliśmy się po punkcie docelowym. Na koniec dnia lądowaliśmy na campingu możliwie blisko zwiedzanej atrakcji. I to była opcja bezbolesna. Jeżeli zaburzaliśmy ten schemat to było źle albo bardzo źle. Wtedy najczęściej mówiłam, że chce wracać do Gliwic. Ale przychodziła refleksja, że to nie jest żadne rozwiązanie. Bo przecież oni wszyscy pojadą tam ze mną. A potem wieczorem gdy dzieci śpią to spokojnie przeglądam sobie ich zdjęcia na telefonie. I tak to właśnie działa moi drodzy.

Prezentuje Państwu nasz dom. U góry widzicie Państwo łóżko Emilki i naprzemiennie szczęściarza rodzica, który z nią śpi.

I widok numer dwa. Tym razem wyłania się łóżko numer dwa tj. kołyska dla Julki i drugiego rodzica, który tym razem ma przyjemność wybudzać się częściej lub rzadziej. Widać lodóweczkę, drzwi do kibelka i prysznica. Naprawdę pełen lux. I się sprząta 15 min dziennie i błysk.

Opowiadam i opowiadam, a jeszcze nic nie opowiedziałam. Prawda. Samą trasę postanowiłam podzielić na dwa wpisy. Będą. Już wkrótce. Będą szczere do bólu. Bo? Wiele osób mówiło mi, że Ameryka jest na jego top liście. To jest ekstremalny wydatek. I dobrze mieć więcej danych na temat bardzo popularnej przecież pętli niż tylko „och i ach”.
Przywieźliśmy dla Was trochę Stanów. Upały i temperatury na zewnątrz to mój prezent dla Was. Nie dziękujcie. Od tego są przyjaciele.

Dziewczyny. Emilia łyka każdy pomysł jak pelikan. Wystarczy jej jedynie wytłumaczyć co się będzie działo i za chwile po swojemu tłumaczy to Julci. Jak się dzieci odnajdują na wakacjach? Nie mogę mówić za wszystkie, ale te dwie Panie jednak fantastycznie czują się poza domem.

Każdy z nas ma taką sferę, która daje mu absolutną radość. Nie sposób tego porównywać, można domniemać, jakoś to ubierać w słowa, może współodczuwać. Nie da się jednak przeżyć tego za kogoś. I w zasadzie bardzo dobrze. Dzięki temu ktoś, kto nie może mieć dzieci może być najszczęśliwszy na świecie. Ktoś, kto jeździ po Polsce może być wielkim farciarzem. Ktoś, kto w ogóle ma zdrowie żeby do pracy pójść wygrał w totka. Mam też przemyślenia, że te bodźce zmieniają się też w czasie i w zależności od okoliczności. Ostatnie wyjście na dyskotekę do Mardi z Michałem miało taką rangę i dało takiego powera jakbyśmy nie wiem, 4 tysięcznik zdobyli. Bo kontekst był inny, bo my już jesteśmy inni niż 5 lat temu.

Przyglądam się sobie, wyborom, życiowym, pracowym i widzę jaki ogromny to ma na mnie wpływ. Na przykład zakompleksiony pracodawca, który wmówił, że noszenie własnego widelca, noszenie komputera przez pół fabryki i mycie lodówki wg. grafiku jest spoko. A Ci co się buntują są nienormalni- roszczeniowe dupki. Emilia ostatnio z niczego podeszła do mnie i powiedziała : musisz kochać siebie, wiesz? 4 latka. Może to pokolenie będzie roszczeniowe. Może. Ja bym bardzo chciała żeby Emilia nie straciła tego dziecięcego podążania za swoimi potrzebami. Żeby Julcia choć widać, że jest typem team playera pamiętała zwyczajnie o sobie. W Polsce, Ameryce, gdziekolwiek.

Share: