Kim trzeba być żeby w lutym lecieć do Szwecji? Wydaje mi się, że mamy uszkodzony ośrodek odpowiedzialny za dedukcję. Co może wyjść z poziomo padającego deszczu, wiatru, który urywa łeb i lotu powrotnego w niedzielę o 22. Spieszę z odpowiedzią! Ja chcę jeszcze raz!

Tłumaczę Ci przecież, że będzie zimno. Tato, czego ty nie rozumiesz?

Nie umiem odpowiedzieć na pytanie jak doszło do tej wycieczki. Michał kupił bilety, zarezerwował nocleg, nie pokazując mi go nawet. O tym, że mamy kota, z którym coś wypadałoby zrobić przypomnieliśmy sobie dzień przed, a ubezpieczenie kupowaliśmy wsiadając do samolotu… Nie byliśmy pewni czy lecimy z Krakowa czy z Katowic. Dzień przed sprawdziliśmy prognozę pogody. Byliśmy o włos żeby zrezygnować. Nie zrobiliśmy tego. Na całe szczęście.

Malmo. Pierwsze wrażenie jest takie, że każdy budynek jest z innej parafii. Jednak moim zdaniem współgrało to fantastycznie i robiło ogromne wrażenie. Nie pamiętam drugiego takiego miasta. Jak dodasz do tego skandynawski porządek to masz mieszankę, którą nie tak łatwo zapomnieć. Plus podróż. 30 min do lotniska, 1h lotu, 30 min do miasta i jesteś. Jesteś w nowym miejscu, ciekawym choć zupełnie nieturystycznym. A przez to co się ostatnio w Polsce dzieje z cenami to wcale nie kosmicznie drogim.

Pomieszanie z poplątaniem. Ale w tym stylu była metoda.

Tak gęsi. To jest centrum miasta.

Co robią rodzice jak dziecko śpi? Jedzą… rozkoszują się, nie połykają jak pelikany. Chwilo trwaj.

Co ciekawe do przyjemnego hotelu (każde miejsce gdzie rano podają Ci śniadanie dające 600 wariantów, uważam za hotel 5 gwiazdkowy) zawiózł nas Polak. Nasza narodowa smykałka do biznesów w każdym miejscu zawsze mi imponuje. Pośpiesznie układane plany na ten wyjazd mocno było zależne od pogody. Bardzo chcieliśmy pojechać do Kopenhagi żeby w weekend znaleźć się w dwóch krajach ( to jest już chorobowe). Wybraliśmy najładniejszy dzień i w 2h podczas drzemki Em objechaliśmy topowe atrakcje.

W drodze nad kanał. Standardowo pasiemy Em żeby pięknie i długo spała. Wystarczająco długo by przebiec po stolicy.

Spacer po Nyhavn. Michał od dwóch lat wyrywa mi wózek. Jedyna opcja żeby go prowadzić to dać mu aparat.

Wyobrażałam sobie co by było gdyby świeciło słońce…

Obejrzałam miasto bardzo pobieżnie i choć jest monumentalne to jest jednym z wielu w Europie. Nie skradło mojego serduszka. Gdyby chociaż fish&chips było dobre to może…

Pozostały czas wykorzystaliśmy na spacery po Malmo. Przymuszeni deszczem zwiedziliśmy dwa muzea. Muszę przyznać, że zawsze z przymrużeniem oka podchodzę do tego typu atrakcji, ale tym razem przerosło to moje najśmielsze oczekiwania. Miejsca te były bardzo przystosowane dla najmłodszych przez co mogliśmy obserwować jak nasz maluch w skandynawskim stylu poznaje swój świat. Po długiej zimie i wykorzystaniu wszystkich okolicznych śląskich atrakcji to była spora odmiana. I gdybyśmy mieli przyjechać tylko po to żeby spędzić dzień w Technology and Maritime Museum i Malmo Castle to było warto. Powiem więcej. Klimat miejsca i jego łatwa dostępność daje mi 100% pewność, że tam wrócimy. I mimo tego, że wyglądaliśmy standardowo jak Decathlanowy czardasz to pasowaliśmy tam jak komoda Hemnes do sypialni. Dobrze się tam czułam.

Tutaj akurat sekcja motoryzacyjna. Samochody, motory czy nawet samoloty, pociągi. Co jakiś czas przygotowane stoliki edukacyjne dla dzieci. Naprawdę już 2 latek miał dużo frajdy z pobytu.

Częścią muzeum była pełnowymiarowa łódź podwodna, do której można było wejść. Jeżeli myślisz, że przeciskanie się w bawialni dla dzieci jest wyzwaniem to się mylisz. Przemyślenie numer dwa. Po 4 minutach w środku serce bije mocniej do codziennego open space’a.

Na terenie muzeum jest bawialnia, oczywiście w cenie. Warto podkreślić, że całodzienny bilet dla całej rodziny do dwóch punktów kosztował nas 30 zł.

Ale… najlepszą atrakcją wyjazdu była wspinająca się na drążek małpa w pobliskim supermarkecie. Emilia chciała ją odwiedzać codziennie. Gdy tłumaczyłam jej, że w Danii też jest fajnie opowiedziała, że oczekuje znaleźć tam… słonia.

Publikuje ten wpis gdy świat się zamknął z powodu Coronavirusa. Właśnie teraz mieliśmy uczyć się surfingu na Srilance. To pierwszy w życiu wyjazd, z którego zrezygnowaliśmy- choć wolę powiedzieć, że go przesunęliśmy. Siedzę na kanapie i jestem sobie wdzięczna za wszystkie odważne decyzje podjęte w przeszłości. Aktualnie odrabiamy, krótką lekcję z odkładania rzeczy na potem. Cieszę się, że zrealizowaliśmy nasz 3 miesięczny wyjazd – dzięki temu wiem, że przebywanie tak długo tylko z pozostałym składem daszyńskich Zacharów mamy przećwiczone. Wiem też, że wykorzystaliśmy możliwość spędzania życia na własnych warunkach gdy było to możliwe. Teraz mamy solidną naukę tego jak mało jako jednostka jesteśmy warci, a jednocześnie jak na wiele rzeczy mamy wpływ. Jest mnóstwo niewiadomych, ale jednego jestem pewna, że damy sobie radę. Oczywiście pomiędzy wyklejaniem kolejnego dinozaura, malowaniem stópek i odcedzania zupy uronię niejedną łzę. Smutno mi z powodu tego z jak wieloma tragediami różnej maści przyjdzie się zmierzyć Gliwiczanom, Polakom. Tylko, że nie ocieram tej łzy jej sama i mocno to doceniam. Tego pozytywnego podejścia, elastyczności i radości z najmniejszych spraw Wam wszystkim życzę. Wszyscy krzyczą #zostańwdomu. Dołożę od siebie hashtag. Bez względu na to co myślisz o tym co dzieje się na świecie #dobrybądź.

Pusto na ulicach. To znamy. Jeszcze świecą światła w pobliskich restauracjach, kwiaciarniach… Bez względu na to czy dopiero się ściemnia i przed nami długa noc czy już świta to… kolejny będzie „dzień”. I tego się należy trzymać bez względu na wszystko.

Share: