Co roku myślę sobie, że ten mijający był tym najlepszym. 2019 był jednak naprawdę wyjątkowy. A nawet jeżeli jakimś cudem 2020 go przebije to warto myślę podsumować ten rok. Są też obszary, które nie są zadowalające. Chętnie je spiszę żeby móc się do nich odnieść za rok. Zrobię na to w pięknych okolicznościach przyrody, mając przed oczami polską zimę. Swoją drogą trzeba jej niestety trochę szukać.

Kadr z Istebnej. Po Sylwestrze nastąpił długi weekend spowodowany świętem 06.01. Zazwyczaj był to dla mnie dzień pracujący. W tym roku rzutem na taśmę pojechaliśmy do domku przyjaciół.

Dawno nie widzieliśmy tyle śniegu. Istebna ma swój mikroklimat.

Moja głowa rok temu była pełna pytajników. W trakcie wyprawy do Jordanii z planem na 3 miesięczny wyjazd. W połowie roku powrót do pracy, adaptacja małej w żłobku i układanie sobie codzienności we trójkę. Myślałam o tym jak o ogromnym logistycznym przedsięwzięciu. Już teraz wspominam to z taką lekkością. A może było łatwo? Sama nie wiem. Wiem tylko, że to utwierdza mnie w tym żeby zawsze próbować. Przecież z większości sytuacji można się wycofać, mało jest spraw nieodwracalnych. Mam mnóstwo wspomnień takich lukrowanych, że aż sobie sama zazdroszczę. Nierealnych. I w większości są to sytuacje z poza domu, co utwierdza mnie w przekonaniu żeby o te życie na walizkach walczyć. Czasami to walizki w cudzysłowie. Wyprawa wcale nie musi być na drugą stronę globu. Dla mnie często odwiedzenie 3 punktów po południu to wyzwanie.

Podróż w czasie. Dokładnie rok temu. Byliśmy w zupełnie innym punkcie. Pamiętam, że Em wtedy dopiero co usiadła. Miał to być przełom w podróżowaniu. Bo ja wiem. Każdy okres ma swoje wady i zalety. A każdy dzień i tak jest inny.

Pucysław piękny. Myślę sobie jak wiele etapów rozwoju przeszliśmy z Em przez ten rok. Nie dajcie sobie wmówić, że kiedyś jest łatwiej lub trudniej. Nie stresuj się, że ma drzemkę o tej czy o tamtej. To się tak wszystko dynamicznie zmienia. Daj sobie możliwość by się temu przyglądać w najlepszych okolicznościach jakie istnieją.

Czy teraz tych pytajników jest mniej? Znacznie. Nie dlatego, że wszystko wiem. Dlatego, że widzę w którą stronę to zmierza. Dlatego, że jestem bardzo szczęśliwa i dumna jak paw z latorośli i Michała. Jestem też cholernie dumna z siebie. To jest chyba największa zmiana. Zdarza mi się wściekać, tracić cierpliwość. Tylko, że w głowie mam porządek. Poradniki dla młodych mam krzyczą żeby odpuścić troszkę na każdej płaszczyźnie, bo wtedy się lepiej żyje. W zasadzie wszystko zeszło na drugi plan oprócz naszego trio. Inna sprawa, że łatwo się rezygnuje z np. podręcznikowego porządku w domu. Swoją drogą znacie kogoś kto wspomina: „uwielbiam swoje dzieciństwo za to, że mieliśmy czyste kafle w domu”, ” ach z przyjemnością wracam do momentów kiedy wspólnie wycieraliśmy kurze”… mogę w nieskończoność ;).  Wiem, że mogę liczyć na Michała i wspólnie robimy wszystko żeby ta rzeczywistość była taka żeby się chciało w niej tkwić. Po pracy bawimy się, tańczymy, malujemy i czytamy książki i póki co nie zapowiada się, że to się zmieni.

 

Dzielny pacjent rysuje kupę.

Uwielbiam patrzeć jak Em odgrywa role ze swoimi misiami czy lalkami. Naśladuje wtedy nasze zachowania wobec niej. Można się wiele nauczyć.

Etap „ja sama”.

Całe życie na krawędzi. Nie próbujcie powtarzać tego w domu. Scena odegrana przez zawodowych kaskaderów.

Tylko, że to zaangażowanie w ten wspólny czas bardzo popłaca. Z przyspieszonym biciem serca słuchamy jak Em biegnąc przez dom krzyczy „tato kocha Emi”, śmiejmy się jak się wkurza jak jej coś nie wychodzi, ale też z jaką cierpliwością potrafi poświęcić się sprawie. Dom zawalony jest książeczkami różnej maści, bo pierwsze słowa rano to nie mama, nie tato ( chociaż tato ne- to akurat drugie wyznanie po przebudzeniu) tylko właśnie „czytać”.

Dzięki lampkom w namiocie szybko w środku się robi przyjemnie ciepło. Regularnie obserwuje wystające przez drzwi nogi Michała, który tam smacznie śpi.

Karpacz z Justyna i Kolisiem i ich dzieciakami. Pomyśleliśmy, że to będzie dobry pomysł na spędzenie czasu około Sylwestrowego. Powodów było kilka. Ciepłe, bliskie destynacje raczej wykorzystane. Dodatkowo potrzebowaliśmy czegoś bardziej budżetowego. Szukaliśmy też śniegu. Bardzo chcieliśmy pojeździć na sankach, w sensie Emi😉. Już skład wycieczki świadczy o tym jak wiele się pozmieniało w trakcie tego roku. Z Justyna i Kolim znaliśmy się od liceum, chłopcy grywali w piłkę, heheszkowali na wspólnym czacie. Na początku 2019 zaprosili nas do siebie na parapetówkę. Rozmowa. Justyna słuchała tak uważnie, nieoceniająco. Kliknęło. Umówiłyśmy sie, że po powrocie z naszego 3 miesięcznego wyjazdu wpadnę do niej. I tak od słowa do słowa, od spotkania do spotkania postanowiliśmy razem pojechać na Sylwestra. Chodząc po korytarzu w liceum w życiu bym nie obstawiła, że Koli będzie śpiewał Em ” idzie lisek łakomczuszek… idzie pomalutku…”- założę się, że każdy rodzic to zaśpiewał czytając. Inna sprawa, że obecnie bardzo dużo jest wskazówek dotyczących dzieci, które podważają znane zasady. Chce być tą doinformowaną, ale z drugiej strony przerażają mnie zalecenia np. o nie łaskotaniu czy całowaniu dzieci. Dlatego dla mnie największą wskazówką jest patrzenie jak rodzice koegzystują ze swoimi dzieciakami i jaki jest tego rezultat. Bo co rodzina to inaczej, czasami jest mi coś bardzo bliskie, a czasami przecieram oczy ze zdumienia. I za pewne dokładnie tak samo jest z naszym modelem. Ktoś bije brawo, a inny rozprawia o wielkiej nieodpowiedzialności. Kolisie mają dzieciaki starsze, to jest 10 latka i 6 letnią córkę. Powiem Wam, że to jest sztuka żeby dziecko w pełni współpracowało, ale miało jednak swoje zdanie. Taka sytuację mogliśmy obserwować przez pełne atrakcji dni. Ten wyjazd był inny niż wszystkie nasze dotychczasowe. Był bezwysiłkowy, totalnie. Od samej podróży włącznie. Nie tylko „realizowanie” danej atrakcji przynosiło radość, ale po prostu cały dzień był przyjemny. Jak wracaliśmy do domu to organizowaliśmy sobie wspólnie czas i dzieciaki tylko wybierały między ciociami i wujkami w zależności co tamci mieli do zaproponowania. A wieczorem chwila relaksu w dorosłym gronie.

Dwie pary sanek do 30 kilo. 4 dorosłych, 3 dzieci. Pierwsza testowa płaska górka, druga to już konkretne nachylenie. Emilia krzycząca „szybko, szybko”. Justyna spychająca mnie z górki żeby wykręcić jak największą prędkość. Ostatecznie dwie pary sanek połamane. Wniosek: zrobiliśmy to dobrze.

Pamiętam takie swoje zdjęcia z dzieciństwa. Czerwone policzki od mrozu. To jest kolor szczęścia.

Wybraliśmy się na wycieczkę do Schronika Samotnia. Ewka i Szymon dzielnie maszerowali. Emilia spała w wózku. Wstała w schronisku. A my się zorientowaliśmy, że za 2 godziny będzie ciemno, jest śnieg z lodem na całej trasie, która biegnie w dół.

Zaczęliśmy budować prowizoryczne sanki bowiem Em pokochała na nich jeździć. Niestety Aniśkowy gen nie wystarczył, kontynuowaliśmy z wózkiem, w którym Em siedziała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szczęśliwie zeszliśmy na dół gdy zaczęło się ściemniać.

W tym samym czasie rok temu witaliśmy nowy rok w Jordanii. Przesypiając oczywiście  24.00. Progres udało się osiągnąć następujący: zamiast 21.00 poszłam spać o 1.00. Michaszke zmył się po fajerwerkach, bowiem to on był na warcie z Em. Rok temu ukradkiem wpychałam Em łyżkę z zawartością dziecięcego słoika. Dziś mała potwierdza, że kocha mamę, tatę i dziadków… Chociaż czasami potwierdza, że kocha Pana wywożącego śmieci- widocznie jest dla niej ważny :-).

Noworoczne odliczanie o 21.00 dla dzieciaków. Patrząc na mój uśmiech śmiem twierdzić, że bawiłam się całkiem nieźle.

Nowy Rok zaczęłam od L4. To jest dla mnie totalnie nowa sytuacja. Przez pierwsze pół roku z pomocą urlopu, mamy, wsparcia szefowej i zespołu starałam się być najlepszą możliwie mamą i 100% procentach obecnym pracownikiem. Kobiety zawsze wymagają od siebie więcej. Nie mam pojęcia komu chciałam tym zaimponować, chyba sobie. Leżę teraz patrząc na dalej chorą Em jak bardzo mnie potrzebowała przez ten tydzień. Sama też już jestem chora i wyłażą niedopilnowane zdrowotne sprawy, które miałam zamknąć w zeszłym półroczu, czego nie zrobiłam, bo goniłam. Goniłam za własnym ogonem.

Często słyszałam od koleżanek… jak moje dziecko się uśmiecha to wynagradza to wszystko. Myślałam sobie wtedy: jak moje dziecko się uśmiecha to jest uśmiechnięte, a ja wciąż niewyspana. Teraz jednak nic nie daje mi takiej radości jak Em.

Na początku wspomniałam o tym, że są obszary, które mnie nie zadowalają. Chciałabym nad tym popracować w tym roku.  Przede wszystkim chodzi o zdrowie. Zależy mi żeby przestać być grubciem… Zaczęłam rok od wagi z 6 miesiąca ciąży więc jest co robić. Bardzo chciałabym zacząć się więcej ruszać. Wygląd jest tutaj drugoplanowy. Po prostu uważam, że teraz jest czas, że pracuje na to jak będzie mi się funkcjonowało w wieku 60 lat. Nie ukrywam, że plany co do swojego życia mam ogromne, potrzebuje ciała, które to udźwignie 😉.

Kolejną sferą, które w mojej ocenie wymagają działania są finanse. Zawsze z Michałem tak planowaliśmy swoje zobowiązania żeby w przypadku utraty pracy przez jednego drugi był w stanie je pokryć. Wiadomo, że gdyby pracę tracił Michał to żywilibyśmy się głównie naleśnikami szczawiem i mirabelkami, ale jednak dalibyśmy radę. Em i związane z nią wydatki zaburzyły te obliczenia. I nie chodzi o to, że mielibyśmy się rozstać z Michałem, ale lepiej mi się żyje mając poczucie samowystarczalności. W tym roku daje sobie czas na przepracowanie tego tematu. Być może wystarczy akceptacja nowego stanu rzeczy. Nie wiem.

Zastanawiałam się także nad kontynuacją bloga. Lubię pisać, mam zawsze jakiś cel żeby zrobić zdjęcia lepsze, gorsze. Sprawia mi ogromną frajdę wracanie do tekstów. Myślę, że bezcenne to będzie dla małej. Mogłabym też pisać do szuflady.  W zasadzie troszkę tak jest. Myślę, że niewiele osób, które są moimi przyjaciółmi czy dobrymi znajomymi dotrze do tego punktu. Nie umniejsza to oczywiście naszej przyjaźni. Zwyczajnie tak wygląda teraz świat. Świat, w którym mam nadzieję sprawnie się odnajdzie moja córka. Co gorsza ja ją muszę tego nauczyć. Tymczasem sama do stąpam po kruchym lodzie. Jest wyzwanie. Oj tak.

Wracamy do domu ze żłobka. Co jakiś czas odbieram małą bez auta i robimy sobie wycieczkę autobusem. Raz żeby ją zagadać wypatrywałyśmy autobusu właśnie i podpytywałam ją czy go widzi. Emilka jakby nigdy nic odpowiedziała mi: autobusu ni ma, autka tylko :).

Spódniczka- w potocznym języku „tanytany”. I to jest jedyna rzecz, którą potrafi zalożyć sama choć jest oczywiście przekonana, że cały jej strój jest jej zasługą.

Share: