Finlandia. Sauna. W środku piec opalany drewnem z otaczającego lasu. Powietrze rozgrzane do 90 stopni. Wychodzę uśmiechnięta na taras, na zewnątrz 2 stopnie, kropiący deszcz dopełnia chwilę. Mąż przerywa ciszę: „mógłby padać śnieg”. Mogłabym się wściekać, że mu zawsze mało. Tylko, że dzięki temu, że taki jest w ogóle tu jesteśmy.

Widok nie był tak spektakularny jak się spodziewaliśmy. Śmialiśmy się, że finlandzkiej szarówie żaden filtr nie pomoże.

Po wyjeździe do Czeskiej Szwajcarii przyjaciele zaproponowali kolejny wspólny długi weekend. To są te momenty, że miejsce jest drugorzędne. Chcecie jechać do Zabrza? Super!!! Jednak padło na Turku, czyli miasto z nieprzesadnie entuzjastyczną opinią w internecie.  Dobra to chociaż ucieknijmy w las, domek nad wodą z sauną, będzie miło. Oczekiwania były mocno umiarkowane żeby nie powiedzieć żadne. A było. Matko. Naprawdę żyję na krzywy ryj.

Kamień porośnięty mchem. Miejscami mech sięgał kolan. Deszcz świetnie wpisywał się w klimat.

Gdy przyjechaliśmy było ciemno. Niska gęstość zaludnienia powoduje, że z każdym kilometrem ilość samochodów, które mijaliśmy malała. Ostatnie 10 km to w zasadzie żwirowa droga w lesie w totalnej ciemnicy. Domek w iście stylu skandynawskim powalił. Stonowane kolory, białe drewniane bale zamiast ścian były jasnym kontrapunktem dla obrazu, do którego przyzwyczailiśmy oczy. Domek był nad samą zatoką morza Bałtyckiego, także poranny widok był dla wszystkich zagadką. Wieczór upłynął nam na degustacji fińskich lagerów czemu towarzyszyły sesje w saunie. Miś oszalał na punkcie domku biegając na zmianę to z miotłą to z szufelką, aż w końcu padł spiąć 12h pod rząd. Grobowe ciemności zrobiły swoje.

Widok z naszego domku. Postawiliśmy Em żeby pięknie pozowała….

… ale ona miała inny pomysł na to krzesło.

Kolejny dzień zaczęliśmy od spacerku po okolicznym lesie. Dostaliśmy od gospodarza  instrukcję, że najbliższa otwarta restauracja znajduje się 60km od nas. Dodając do tego niepewną pogodę postanowiliśmy wykorzystać potencjał miejsca, w którym jesteśmy. Tym sposobem urządziliśmy sobie jesienny piknik, grillowanie, dopełniając chwile dyskusjami o wszystkim i o niczym. Gdy Beba ucinała sobie drzemkę, my saunowaliśmy na zmianę mocząc tyłki w zatoce. Madzik z Michałem przed wyjazdem nie byli fanami sauny….ale już są, co najlepiej świadczy o klimacie na miejscu.

Nasze sanktuarium:).

Dobre wino nigdy nie jest złe, a niektóre warto wieźć nawet z Polski. Zawsze się podśmiechiwałam z Polaków wiozących Warkę Strong do Chorwacji. Teraz mogę się śmiać sama z siebie.

Spacer po okolicznym lesie.

A na „szczycie” przyzwoity widoczek.

Kolejnego dnia za namową Panów pojechaliśmy do Kasnas. Średni krajobraz został dopełniony zapachem ryby. Wycieczka okazała się niewypałem i lekko struci skusiliśmy się na rybną kanapkę ze słodkawym chlebem, łososiem, zimnym jajem i kawiorem. Myślę, że danie takie jak to miało wpływ na zapach w tej wiosce. Wróciliśmy więc do naszej oazy zahaczając po drodze kolejny market. Spędziliśmy resztę wieczoru oglądając Przyjaciół, konsumując specjały z grilla i przegryzając  je słodyczami.

To zdjęcie ma na celu pokazać, że czasami wycieczki są nietrafione. Kasnas.

Szare niebo, szary kamień, szary wózek.

Wszyscy oceniliśmy wyjazd bardzo wysoko i wszyscy jak jeden mąż nie chcielibyśmy żyć w Finlandii. Byliśmy tylko 4 dni, ale gnuśna pogoda, w zasadzie ciągła szarówka powodowała, że ciężko nam było uwierzyć, że jesteśmy w kraju będącym domem dla jednego z najszczęśliwszych narodów. Krótkie pobyty mają jednak to do siebie, że chłonie się atmosferę i nawet schludne choć w mej ocenie przeciętne Turku oceniam jako dobry pomysł na listopadowy wypad. Jednak bardzo dużo zawdzięczamy noclegowi. Totalny relax w fińskim stylu pozwolił na ocenę 9/10 przy prawdopodobnych 3 punktach gdybyśmy pojechali z Michałem i Em sami do standardu do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Duży fart. Jak zwykle.

Jeżdżenie na miotle. Wyobraźnia dziecka jest nieograniczona.

To był 16 lot Emilii. Ostatni w tym roku. Był najłatwiejszy. Emilia sama domagała się zapięcia pasów, bo jej misio-kot był zapięty. Chociaż pojawia się na horyzoncie bunt dwulatka to jest absolutnie w najlepszym momencie swojego życia. Składa pierwsze proste zdania, zaraża entuzjazmem i zdecydowanie można się z nią dogadać. Nie muszę też zakładać, że kocha: nas, swojego kota, nasz sposób na życie. Ja to wiem, bo ona potrafi to wyrazić. I ja mogę powiedzieć z pewnością… jest listopad 2019 roku, a ja nigdy nie byłam szczęśliwsza.

Spacer w praktyce.

Share: