Że Czechy mają smażony ser to człowiek wiedział. Że ich czapowane piwko to lek na całe zło każdy pamiętał. Ale, że Czechy Szwajcarię mają to już oczywiste nie jest. Nikt z nas w Szwajcarii nie był. To zaczęliśmy od wersji pepiczkowej.

Wyjazd do Czech nie może się odbyć bez piwerka. Ten kto się z tym nie zgodzi może być dobrym znajomym, ale raczej nie zostaniemy przyjaciółmi :).

Wybraliśmy sobie termin dość popularny. Każdy długi weekend niesie ze sobą więcej ludzi czytaj wyższe ceny. Ponieważ początkowo mieliśmy  jechać w 3 pary, a oczywiście dogrywaliśmy szczegóły na ostatni moment to wybór padł na camping z domkami. Zresztą z Czechami doświadczenia mamy takie, że dla nich stylówka wnętrz czy to restauracji, hoteli czy nawet toalet to kompletna strata czasu. Czasu, który można wykorzystać na jedzenie czosnkowych zup i panierowanych drugich dań. Także domki były nędzne, ale cena 25 zł za osobę zamknęła nam usta. Zresztą słuchanie do snu Czecha, grającego na gitarze Hallelujah Leonarda Cohena śpiewającego …Teď jsem slyšel o tajném akordu.. ( …tajemny akord kiedyś brzmiał….) sprawiało, że pobyt był przeżyciem jedynym w swoim rodzaju.

Camping Mosquito. Domki z zewnątrz prezentują się znakomicie. Wewnątrz panuje modny minimalizm.

Plan był intensywny. Pogoda taka sobie, noce raczej zimne, dnie znośne choć miejscami kropiło. Powinniśmy narzekać. Bo to nie miało prawa się udać, szczególnie, że w poniedziałek leżałam w łóżku z gorączką. A nie dość, że się udało to jeszcze było przyjemnie. Dla mnie był to nie tylko wyjazd z dzieckiem, ale też powrót do wyjazdów z ludźmi, którzy bąbelków nie mają. Wyjazd z ludźmi, których ogranicza tylko własna wyobraźnia.
Wyjazd oprócz walorów widokowych miał za zadanie sprawdzenie jak nam się podróżuje z ludźmi, z którymi jeździliśmy od lat. Jeżeli ktoś myśli, że dziecko nic nie zmienia to znaczy, że go nie ma. Wydaje mi się, że pojawienie się nowego potomka może nieodwracalnie odmienić losy nie jednej zgranej ekipy. Nie życiowo, ale tak zwyczajnie wyjazdowo, zresztą czego jesteśmy świadkami. To nie jest tylko kwestia, że inni się zmieniają. Z nami też podróżuje się inaczej niż dotychczas. I nie zrobisz z tym nic. Amelinium nie pomalujesz.

Pierwszy raz jechaliśmy w dalszą podróż nie swoim autem. Wujkowie stawali na rzęsach żeby było jak najbardziej komfortowo. Em śpi także w ruch poszły słuchawki.

Zawsze w okolicach 18.00 lądowaliśmy na polu. Niezmienne koło 19.00 rozpoczynamy festiwal kąpieli i usypiania. Potem czas wolny.

Najsławniejszym obrazkiem związanym z Czeską Szwajcarią jest Pravcicka brama wraz z malowniczą restauracją. Jest kilka opcji dojścia do ów atrakcji. Można z okolicznych parkingów dojechać autobusem aż do najbliższego wejścia na szlak, lub wydłużyć sobie odrobinę trasę idąc z Mezni Louki. Wybraliśmy opcje drugą. Zaopatrzeni w dwa nosidła ruszyliśmy ze śpiąca Em na plecach. Wycieczka przebiegła gładko, a Krasnal zafascynowany ciocią szedł chętnie za rączkę z dobry kilometr.

W drodze do bramy z Kartoflem na plecach.

Brama Pravcicka w całej okazałości. Ilość osób na szlaku biorąc pod uwagę długi weekend całkiem przyzwoita.

Hop siup zmiana nosideł. Testowaliśmy różne warianty. Jak to z nowościami, Em była zafascynowana i nawet na przerwie siedziała w nosidle. Oczywiście przeszło jej jeszcze tego samego dnia- do przewidzenia. Ona się nudzi wszystkim chyba jeszcze szybciej niż Michał.

Trasa była raczej płaska. Niestety nieprzejezdna dla wózków. Natomiast w moim odczuciu jest idealna dla troszkę starszych dzieci aby przejść ją o własnych siłach.

Kolejnego dnia postanowiliśmy zaatakować Niemcy. Niestety Czesi nie uznają sklepów, w którym można kupić np. jabłko, także musieliśmy zmienić kraj, aby zaopatrzyć się w spożywcze zapasy. I w ten sposób dojechaliśmy do kamiennego mostu w Bastei znalezionego przez Maćka na googlowej grafice. Czuć było niemiecką rękę. Atrakcja choć widowiskowa to była dostosowana do średniej wieku zwiedzających czyli 80 lat. Mimo tłumów i 5 krotnie wyższej ceny piwka w porównaniu do Czech, nie da się odmówić świetnych widoków. I tego ja, współtowarzysze oraz niemieccy seniorzy będziemy się trzymać.

Z lewej strony Instagramowicze. Z prawej idioci.

Bastei skalny most. Dojście do niego to może 10 min. Na punkcie widokowym standardowo tłum ludzi, ale nie była to kolejka na Giewont.

Papu w drodze. Generalnie Emilia młuci jak kombajn. Podczas tego wyjazdu praktycznie zrezygnowała z obiadów, pomimo, że proponowaliśmy jej sprawdzone frykasy. Niestety siedzenie w krzesełku praktycznie nie miało miejsca czym doprowadzała mnie do białej gorączki. Tutaj jednak piknik na łonie natury. To świetne miejsce żeby mogła ćwiczyć jedzenie samodzielne.

Emi z mamcią. Ostatnimi czasy Emilia mocno staje się córeczką tatusia. Tata jest na ustach od rana do nocy. No, ale mamcia też jest ok.

Łaba z góry. Taki widoczek jest osiągalny nawet dla rodzin z dziećmi w wózku. Także nie bać się, zwiedzać.

Obiadek w pobliskiej Pirnie. Zabudowa bardzo przypominała nam Gliwice.

Kolejny dzień spędziliśmy w wąwozie Edmunda. Ponieważ w dniu poprzedzającym wycieczkę podczas wieczornej popijawy stwierdziłam, że Em jest przewidywalna i oczywiście przewspaniała to od rana dała nam popalić. Nigdy nie mów, że coś działa… bo to będzie dokładnie ostatni moment, że tak jest. Z pomocą wujków i cioć trasę ukończyliśmy bez większych problemów. Czy my mogliśmy się im czymś odpłacić? Zawsze któryś z nas jest kierowcą na ochotnika, także pozostali towarzysze o każdej porze dnia i nocy mogą raczyć się złocistym płynem. Tak sobie myślę, że podróżując z Maćkiem zawsze wrzucaliśmy sobie totalnie ambicjonalne plany wypraw, raczej bez pauz. Wyjazd z dzieckiem nijako zmusił wszystkich do większego chillu i de facto dał wymówkę do zwolnienia tempa. I jedno, najważniejsze. Zdecydowanie współtowarzysze wracają wyspani jak nigdy. Wszakże 24.00 to było nasze rekordowe posiedzenie.

Droga miała kilka odcinków. Dwa pokonywało się łódeczką. Pan zabawiał nas ciekawostkami o formacjach skalnych.

Droga była bardzo przyzwoita. W sumie jakieś 1,5h chodzenia plus 35 min łódki. Widziałam rodziny z wózkami. Nie wszędzie było tak równo jak tutaj, ale jazda była wykonalna.

Emilia mając już jeden dzień doświadczenia w górach próbowała mnie przekonać, że może chodzić już sama. Wszędzie. Próby negocjacji zakończyły się spacerem za jedną rączkę i barierkę.

Podczas wyjazdu rozmawialiśmy o tym jak niewiele trzeba żeby wartościowo spędzić czas. Wsiadasz do auta, 4h autostradą i jesteś w nowym pięknym miejscu. A do tego Czechy są naprawdę przystępne cenowo. To kolejne miejsce, które od dawna siedziało nam w głowie. Bardzo cieszy mnie to, że tym razem nie byliśmy tylko w trójkę. Hossa trwa.
Jestem z siebie zadowolona jako mama. Od jakiegoś czasu jestem taką jaką chciałam być. Czy to dlatego, że mam wszystko pod kontrolą? Absolutnie nie. Mam pod kontrolą niezbędne minimum. I to mi daje przestrzeń żeby się tym cieszyć, bez względu na miejsce i warunki, w których aktualnie jesteśmy.

Odpadek. Każde miejsce na drzemkę jest świetne.

Share: