Życie jest pełne dylematów. I kolejny raz kalendarz pęka w szwach w przeciwieństwie do  konta. Może kiedys będzie rozważnie. Póki co przejechaliśmy na drugi koniec Polski żeby 4 dni spędzić z przyjaciółmi. Jest jezioro, pole campingowe i długie rozmowy przerywane prośbami dzieci.

Spacer do karczmy. Etap zatrzymywania się przy każdym kamyku mamy za sobą. Aktualnie na tapecie „ja sama”. I gra, gdy kierunek mamy zbieżny.

Jak pokonać odcinek z Gliwic do Augustowa na totalnym luzie? Pokombinować. Michał musiał być z pracy w Warszawie na spotkaniu, zamiast jechać pociągiem wybrał samochód z połową naszego dobytku. A ja z Emi? Cóż. Na luzaku o 14.00 wsiadałyśmy w pociąg i po ultra komfortowej jeździe o 17.00 byliśmy w komplecie. Zmieniłyśmy z Em środek transportu, resztę trasy pokonany autem. Zapowiadało się ciekawie gdyż, aby włożyć małą do fotelika musiałam użyć 4 kończyń. Po paru minutach Emi dała się przekonać, że została posadzona w foteliku samochodowym, a nie na krześle elektrycznym i zaczęła się bawić. Po prostu… I minęły nam 2h. Potem nadszedł czas drzemki i przed 22.00 zamledowaliśmy się w Płaskiej. Mistycznej, bardzo ważnej i pełnej wspomnień mieścinie naszych przyjaciół…. I ich rodzeństwa… I rodziców… I cioć …. I wujków…. I ich dzieci…. Szok. Tu się zna każdym z każdym. Całe pole namiotowe znajomków.

Ruszamy. Podręczne 15 kilogramów najpotrzebniejszych rzeczy i Em w nosidle. Jedyny sposób żeby utrzymać ją przy sobie.

Absolutna i pełna fascynacja. Udało mi się nawet jej przetłumaczyć, że czerwona kostka za żółtą linią jest „ałć”. Także biegała do niej co chwilę przypominając mi, że nie wolno tu wchodzić.

Miałyśmy przedział dla siebie. Wielke LOVE dla Pendolino i oferty dla rodzin.

Lulanie w terenie.

Dochodzimy do sedna. Pole namiotowe. Namiot. Z pozoru niezbyt rozważne zakwaterowanie dla dziecka, które wstaje w nocy. Ale to jest nasz ulubiony rodzaj noclegu i musieliśmy spróbować. A w dodatku zdarzyło się to co lubie najbardziej. Noc z deszczem. Dźwięk stukających kropli o materiał to jest symfonia. I leżysz z najbliższymi Ci osobami w ciepłej od oddechów małej przestrzeni. Bliżej i przyjemniej się nie da. Dla mnie to rodzaj namacalnego poczucia bezpieczeństwa. Oczywiście błogość kończy się gdy o 4.30 trzeba z namiotu wyjść, założyć nosidło i nosić księżniczkę błagając o kolejną godzinę snu. Potrzeba jednak matką wynalazków. Sypialnia w namiocie to ograniczona przestrzeń. Łatwo można usunąć z niej przedmioty zagrażające Krasnalowi i można spać dalej. A Em podkręciła się z dobra godzinę, zjadła śniadanie i dopiero zaczęła nas budzić 😉.

Mam nadzieję, że Em polubi namiot. Póki co opcja, że zakłada sandałki i już jest na dworze bardzo przypadła jej do gustu. Tak bardzo, że po powrocie do 2 w nocy upierała się żeby wyjść na podwórko.

Chwila na ławce przy jeziorku. Pogoda trochę gorsza więc można wyciągnąć nieśmiertelną bluzę z Deca.

Na Śląsku ciężko o dobrą tradycyjną restaurację. Taką żeby podali pomidorową. Ale nie krem z hiszpańskich pomidorów. Nie polewkę z pieczonych warzyw z paluszkiem grasini z czarnuszką. Pomidorową, z ryżem. Suwalszczyzna to ma. Byliśmy zdziwieni z Michałem jak bardzo mieliśmy ochotę na schabowego, albo pierogi zamiast szarpanej wołowiny z sosem z pigwy.

Jedna z pobliskich restauracji. Piękna ta nasza Polska.

Na polu namiotowym było sporo dzieci. Ponieważ i tak patrzę na swoje to staram się obserwować też inne. Jak współpracują rodzeństwa, jak rodziny radzą sobie z wychowaniem małych pociech. Aktualnie mocno przepracowuje temat rodzeństwa Em i niestety ten wyjazd utwierdził mnie tylko w tym jak wygodne życie już wiedziemy. Jak bardzo trudno byłoby zaryzykować i znów z tego zrezygnować. I co niebezpieczne… ciężko mi sobie wyobrazić, że mogłabym swoją uwagę podzielić na jeszcze inną istotę. Postawię kropkę, bo jeszcze nie umiem znaleźć dobrych słów żeby to podsumować. A może w ogóle tego podsumowania wymagam tylko ja? Sama od siebie?

Tak Emilia spędzała 50% czasu na polu. Biegała z wózkiem. Naprawdę można było odpocząć. Jak patrzę na jej zdjęcia to jestem pewna, że za 15 lat będzie miała polewę ze swojej stylówki. Widzę, że nie jestem w trendzie i Emi nie jest modnie ubranym dzieckiem. Mam nadzieję, że mi to wybaczy.

I tutaj stała się rzecz straszna. Emilia pochłaniała jagodzianki. Mogłabym powiedzieć, że z ksylitolem, ale Pani, która przyniosła je na blaszce pewnie nie wie co to ten ksylitol.

Nasz urlop połączyliśmy z rekonwalescencją Emilii po kolejnej żłobkowej chorobie. Z pomocą mamy udało nam się zrobić 2 tygodniową przerwę. Efekt? Em złapała wirusa na polu na namiotowym. Konkluzja? To było ostatnie cudowanie z naszej strony. Musi nabrać odporności i tyle, prędzej czy później.

Kolejny weekend zaplanowaliśmy w górach. Nie zdążyliśmy się przeprać po pierwszym wyjeździe, trzeba wrzucić jakieś ciuchy w plasticzane biedronkowe torby. Swoją drogą to są nasze najlepsze walizki. Nasz dom jest w ruinie. Absolutnie źle. Dobrze sanepid ma w poważaniu osoby fizyczne. Niestety ciężko po pracy nam się rozdzielić i zajmować się sprawami domowymi. Prawdę mówiąc, mamy wspólne 3h z dzieckiem, na ten moment nie wyobrażam sobie z nich zrezygnować na rzecz wycierania kurzy. Mieliśmy na ten temat nawet dyskusję z przyjaciółmi. Ciekawa jestem jak to wygląda w Waszych domach? Czy dzielicie się opieką nad dziećmi i drugi walczy z codziennością? A może robicie wszystko całą rodziną?

Pobyt w Wiśle i na Sulwalszyznie krajobrazowo to dwa bieguny. I nie chodzi o to, że tu jeziora tam góry. Polska B. Piękne drewniane przystanki z klepkami na dachu. Zadbane, przydomowe ogródki. Bilbordy? Brak. A Wisła cóż. Myślę, że wiewiórka na stanowisku architekta krajobrazu miałaby większe osiągnięcia niż to co obserwujemy teraz. Tylko, że tłumy są w Wiśle. Sznury Grażyn i Januszów pomiędzy bazarami z ziemniakami pokrojonymi na talarki. Jednak muszę przyznać, że pod kątem opieki nad dzieckiem- łatwizna. Mnóstwo atrakcji, park, plac zabaw. Jeździmy tu od lat i pierwszy raz ucięliśmy sobie wszyscy drzemkę na kocyku w centrum miasta. 250 metrów od tłumów.

Festiwal wydawania dwójek na głupoty uważam za rozpoczęty.

Poranek z widokiem na góry. Pluszowy kot nie przepłacił tego zdjęcia życiem.

Dystanse górskie mamy ograniczone także wspomagaliśmy się kolejką. Tym razem Skolnity w Wiśle.

Em ochoczo maszeruje wcinając zebrane jeżyny. Spacer zakończył się spektakularną glebą i rozwaloną brodą. Ostatecznie usnęła i resztę trasy spędziła na plecach.

Nie lubimy monotonni. Choć miejsca, które odwiedzamy są może mniej spektakularne niż mielibyśmy na to ochotę, to nie nudzimy się. To jak Emi naśladuje kurę lub lwa kompensuje brak standardowych wypraw. Równie dużo szczęścia pojawia się o 19.30 kiedy codziennie idzie spać. Szkoda tylko, że jej 12h nocki bez przebudzania są tak mglistym wspomnieniem, że nie wiem czy tego nie zmyśliłam. Prawda jest taka, że gdyby nie fakt, że we dwójkę walczymy w nocy to nie byłabym w stanie chodzić do pracy. I jak sobie pomyślę, że mieliśmy być teraz w 6 osób w Camperze  z czego ostatecznie zrezygnowaliśmy… To jest to dowód na istnienie anioła stróża, który przekupiony jakaś dobrą łapówką podwójnie nad nami czuwa. ” Może to przez to mleko ona wstaje co godzinę, albo zjadła coś co ją męczy?”- pytam Michała z rana. ” Ja już znam przyczynę jej wstawania w nocy, przestudiowałem internet”- odpowiada. „Jest dzieckiem”- dodaje po chwili.

Kocha wodę po mamusi.

Share: