Gdy kupiliśmy bilety z Chile do Portugalii mówiliśmy wszystkim, że mamy już połączenie powrotne. Skurczył się ten świat nie tylko dzięki samolotom czy internetowi. Skurczył się przede wszystkim w naszej głowie. Myślałam wtedy, że w Portugalii to prawie jak w domu. Myliłam się.

Żałuję, że Em miała założony podkoszulek. Bez niego wspaniale wystawałby jej brzuch jak prawdziwemu Polakowi.

Portugalię traktowaliśmy po macoszemu. Wybraliśmy ją, bo szukaliśmy najkrótszego połączenia z Chile, bo chcieliśmy z jet lagiem powalczyć poza domem, bo chcieliśmy maksymalnie przedłużyć ten wyjazd, a na Chile więcej kasy nie mieliśmy. Jak się teraz okazuje w Portugalii tanio już było. Europejskie kraje mają jednak tę różnorodność, że nieoczekiwanie mogą przyćmić najbardziej egzotyczny kierunek. Dopuszczaliśmy do siebie myśl, że z 4 krajów, które ciągiem oglądaliśmy Portugalia nie będzie odstawać. Dopuszczaliśmy, ale pogoda i ogólny przesyt spowodował, że przynajmniej w Lizbonie chcieliśmy wykonać plan minimum.

I dotarli. Ostatnie minutki snu na nowym kontynencie. Dzień dobry Europo!

Stolica przywitała nas deszczem. Jedyne siateczkowe buty niczym gąbka wchłonęły kałuże z skąd inąd pięknego chodnika. Była 8 tego czasu, 4.00 w nocy naszego. Pani na recepcji w hotelu powiedziała, że niestety pokój wolny dopiero o 15.00. Gdy usnęłam na fotelu jak Pan żul spod Biedry, pokój znalazł się szybciej. Dotrwaliśmy jakoś do pory drzemki Em i odpadliśmy we trójkę na ponad dwie godziny. Pierwszy europejskim obiadem stało się hinduskie jedzenie serwowane w nepalskiej knajpie. Niezły mix, chociaż przynajmniej miało smak i było miłą odmianą po miałkich obiadach. Michał zachęcił nas do spaceru, ale po pokonaniu 500 metrów zupełnie opadliśmy z sił i wróciliśmy do pokoju. Zaciekawieni tym co się będzie działo ze zmianą czasu czekaliśmy na 19.00. Rozpoczęliśmy rytuał usypiania i znów Krasnal poszedł spać jak gdyby nigdy nic. A my razem z nim.

Nie ma złego miejsca na drzemkę. Koc pełnił dwie funkcje. Po pierwsze grzał, a po drugie byłam dzięki niemu niewidzialna dla Em.

Jak bardzo byśmy nie chcieli umniejszyć Lizbonie to nie wypada. Ona jest naprawdę przyjemna. Ma ogromny potencjał. My swoimi 7 kilometrami, które jesteśmy w stanie pokonać dziennie nie widzieliśmy praktycznie nic. Mamy mapę zdrapkę i z pewnością to pole nie zostanie ruszone. Nie znaczy to jednak, że czas uważamy za stracony. Wręcz przeciwnie. Od ponad tygodnia Emilia kwitnie. I gdy od masy emocji odpadła w oceanarium to pierwszy raz w życiu było mi zal, że dziecko śpi. Jeszcze tyle rybek by ją zachwyciło.

W życiu nie powiedziałabym, że będzie mnie jarać to, że dziecko coś jara. A tu proszę.

Spacer po Lizbonie. Pal sześć te pomniki, najważniejsza jest powierzchnia płaska.

Nawet nie wiem jak to się stało, że znów wtarabaniliśmy się na najwyższe wzniesienie w mieście.

Wspaniały park pełen ptactwa. Sielsko, anielsko.

Skojarzenie z Lizboną miałam jedno- tramwaje. Powiedzcie mi, po co obklejać je reklamami? Fatalne.

To już chyba lepsze te reklamy.

Czy do Lizbony warto jechać z niemowlakiem? Sama nie wiem. Paradoksalnie rodzin z dziećmi było bardzo dużo, ale to trzeba mieć lepsze przebiegi żeby zobaczyć flagowce. Z drugiej strony uliczki pod górę tego nie ułatwiają. Jednak ilość zielonych terenów powoduje, że można po prostu odpocząć. Gdyby ktoś kiedyś się wybierał na weekend to dajcie znać, chętnie wybierzemy się z Michałem jeszcze raz.

Krasnal miał banię na wygrażanie ludziom. Stawał przy przechodniu unosił rękę i bełkotał po swojemu. Wkładaliśmy mu w usta różne zdania np. „Ty człowieku ty! Ty przechodniu ty!”

Każdy odwiedzony niedawno kraj jestem w stanie ocenić pod kątem dostępności jedzenia dla niemowląt. Wszystko co sobie zakładałam było na odwrót. W Portugalii dosłownie są dwa obiady i 6 rodzajów tubek, tylko owocowe. Bida z nyndzom! Kto poszukuje gotowych rozwiązań będzie rozczarowany. Widocznie portugalskie mamy są z tych perfekcyjnych.

Przed nami ostatnia zmiana noclegu. Porto. Dziwnie spędzone święta. Rano pralnia, potem pociąg. Jednak nie rozpaczamy tak mocno gdyż od niedzieli wielkanocnej przestajemy być sami. Po trzech miesiącach dołącza do nas mocna ekipa… W każdym wieku.

Godzina w pralni. Diabeł wcielony.

Piękny dworzec w Lizbonie. Do Porto jedziemy pociągiem. Wynajęcie auta było tańsze, ale już nikt nie miał na nie ochoty.

Budowanie nowej długotrwałej więzi jest trudne. Po pierwsze inwestujesz w to dużo czasu, po drugie mocno otwierasz się przed kimś wierząc, że nie zostanie to wykorzystane. Budowanie relacji z dzieckiem jest w moim odczuciu jeszcze trudniejsze, ale też bardziej wdzięczne. Mam z tyłu głowy jednak aby nie poświęcać innych relacji w imię tej jednej. Chciałam to podkreślić właśnie w Porto gdzie po 3 miesiącach spotykamy się z przyjaciółmi z Polski.

A propos przyjaciół- po kieliszeczku!

Czekaliśmy jak trusie najpierw na Wojtusiów, a później Tolivierów. Choć na pierwsze trzy dni zapowiadali deszcz to kompletnie nas to nie interesowało. Jak dla nas mogliśmy siedzieć w domu. Dostaliśmy nowych sił, a obserwowanie jak się bawią dwie beby dawało nam dużo radości. Zakładałam, że zwiedzanie miasta z dwójką rocznych dzieci przy niesprzyjającej pogody będzie koszmarne. A nie było. Dzieciaki okazały sie być bardzo synchronizowane w kwestii drzemek, jedzenia czy por wstawania. I choć w kwestii ciągłego zajmowania nie zmieniło się nic to nie byliśmy w tym sami. Po poprawie pogody ruszyliśmy na wycieczki fakultatywne, a także spróbowaliśmy surfingu.

Samo Porto jest absolutnie wyjątkowe. Choć nie rozpieszczało nas pogodą będę je dobrze wspominać i polecać. Mimo częstej zmiany wysokości ( miasteczko jest zarówno nad i pod mostem) wszystko można objechać wózkiem ( pod warunkiem, że dziecko z niego korzysta).

Pogoda jest zawsze. Cisną Ci rodzice, bo dzieci śpią więc święto lasu!

Aveira- portugalska Wenecja. Może nazwa z rozmachem, ale uroczy klimat.

Taki widoczek zrobiony w biegu. Jechaliśmy do Casa Novej więc nie mieliśmy zbyt wiele czasu żeby się odpowiedni pokręcić. A w temacie kręcenia to Em kręciła nosem cały dzień także milusio.

Casa Nova. Klimat jak z filmu. Cudowne miejsce. Moim zdaniem must see.

Prawdziwi mężczyźni nie boją się niczego. Ani 10 metrowej fali, ani rekinów. I są gotowi zapłacić każdą cenę. A tak na serio to Matosinhos to idealne miejsce aby rozpocząć przygodę w surfem. Za 20 EUR otrzymujemy sprzęt i opiekę instruktora- przy odrobinie szczęścia całkiem przystojnego.

Na koniec oślepłam na dwa dni na jedno oko zaliczając kolejną dziwną chorobę. Jeszcze tylko króciutki lot i dom. Czym mógł nas zaskoczyć skoro to 10 z rzędu? Wszystkim. Każdy plan wziął w łeb i wszystko było na opak. Na lotnisku łzy i moje i Emilii, bo miała spać, a nie śpi, bo sił już brak. Jednak jak to zwykle bywa musi być źle żeby było dobrze. Piekielne lotnisko zaowocowało niebiańskim lotem. O 2 stanęliśmy w mieszkaniu. Szok. Takie duże, takie czyste, takie nasze. To koniec? Zdecydowanie nie. Koniec podróży, może i egzotycznej, może niestandardowej. Jednak w tym mamy jakieś doświadczenie, wyobrażenie. Życie w trójkę w Gliwicach to etap, który będzie dużo bardziej emocjonujący. I tego jestem pewna.

11 miesięcy. Jak to zleciało. Szybko i wolno jednocześnie.

Share: