Żegnamy się z Chile. Poprawniej jednak będzie powiedzieć do zobaczenia! Wrócimy szybciej lub później. Ostatni tydzień utwierdził nas w przekaniu, że Chile ma zawsze ten dodatkowy „wymiar”, trzeci plan, który odróżnia ten krajobraz od pozostałych. Bo nawet jak widzisz podobieństwo między pustynią Atacama, a Jordanią czy Izraelem to lśniące w oddali ośnieżone szczyty i kratery przypominają Ci, że jest tu lepiej. Pełniej. Nie da się BARDZIEJ.

Droga na punkt widokowy w Dolinie Śmierci zajmuje jakieś 15 min. Em szła godzinę, bo każdy kamień taki ważny, ale weszła prawie na samą górę.

Lot na Atacamę zostawiliśmy sobie na koniec. Pogoda pewniejsza niż w reszcie kraju. Rozpoczynająca się jesień bardzo nas rozpieściła. Nie mieliśmy ani jednego deszczowego dnia. Jedynie wieczorem i w nocy było zimno. Michał bardzo się na to skarżył, bo zdziadział, trudno. Kraj zaskoczył nas krajobrazem, ale nie doznaliśmy szoku z żadnego innego powodu. Ludzie byli mili i życzliwi, ale nie przesadnie otwarci. Z nikim przez miesiąc nie udało nam się porozmawiać na temat życia tutaj. Powierzchownie wszystko gra i codzienność niczym nie różni się od znanej nam rzeczywistości. Są jednak takie smaczki jak pizzeria na obrzeżach Santiago z kratami na zamek zamiast drzwi, które kelnerka każdorazowo otwiera domofonem.
Ciekawy panuje też system zakupów szczególnie w małych wioskach. Po pierwsze na produkt dostaje się kartkę, którą to opłaca się w kasie, z potwierdzeniem wraca się po produkt. Bardziej nieefektywnej metody nie widziałam jak żyje, a nie żyje znów całkiem krótko. Dziwi też paragon, który się otrzymuje. To kawałek papieru z kwotą finalną, którą sprzedawca wypisuje długopisem na miejscu. Chciałabym wiedzieć jak taki system sprawdziłby się w Polsce. Myślę, że większość sklepów nie wykazywała by obrotów.

Na ulicach ludzie różni jak w Polsce. Przy szpitalach, w których to spędziliśmy trochę czasu- schorowani, głównie starsi. Gdy czekałam na izbie ratunkowej ponad połowę stanowili ludzie w podeszłym wieku, którzy raczej nawet nie wiedzieli nawet gdzie są. Co do atrakcyjności społeczeństwa to oczywiście kwestia gustu, ja bym tu męża nie znalazła. Zastanawialiśmy się jak wygląda życie nocne, więc w Talce wyszliśmy wieczorem. Było po hiszpańsku, głośno, rodzinnie. Gena nie wyjmiesz.

Wózek prania. 11 kg brudów i kierownik w środku. Przez te wszystkie choroby pranie zawieźliśmy aż na pustynię.

Chilijczycy bardzo dbają o środowisko, zresztą mają o co. Kraj o długości ponad 4000km odczuwa zmiany w klimacie w całym wachlarzu od lodowców po pustynie. Co jest widoczne na pierwszy rzut oka? W Chile nie zapakujesz zakupów w plastikowe reklamówki. Są torby wielorazowe lub kartony. Tyczy się to zarówno dużych marketów jak i stoiska z warzywami starszej seniotiry. I to jest proste i bezbolesne. Po dwóch wyjściach do sklepu- przywykliśmy.  Gdyby tak każdy kraj w Europie wprowadził podobną politykę, to pozostawiam naszej wyobraźni jakie góry śmieci przestałyby istnieć.

NIESKAZITELNE- takie jest Chile. Dobrze, że dbajo.

Na Atacamę z Santiago kursują samoloty jak  autobusy. Są niskokosztowe, więc gdy nie musisz przewieźć tony tobołów możesz strzelić sobie podróż za 9 dolarów. A w dodatku to niecałe 2h drogi. I powiedzcie mi jak mając nocleg tuż przy lotnisku, samochód po jednej i po drugiej stronie można zrobić sobie z takiej podróży dwunastogodzinną przeprawę? Blogerzy prześcigają się w poradach jak umilić sobie lot, jak sprawić żeby było perfekcyjnie. To u nas proszę przepis jak sobie utrudnić życie. Wraz z ilością przebytych lotów zamiast być na lotnisku coraz później to przyjeżdżamy coraz wcześniej. Gdy dojdzie do tego fakt, że mieliśmy lot poprzedzić zakupami, z których to Michał w popłochu zrezygnował widząc korek na autostradzie, to siedzisz jak cioł 4h przed czasem. A gdy okaże się, że dwa dni temu Chilijczycy przestawili czas, a Huawei nie, to voila gnijesz 5h. Podróżnicy od siedmiu boleści. Przynajmniej lot poszedł gładko gdyż Em go przespała. Po wylądowaniu jeszcze seria nerwowych ruchów przy wypożyczalni, w końcu wypożyczamy pierwsze auto w życiu i wychodzimy z lotniska na zakupy.

Lotnisko w Calamie jest malutkie. Nie widziałam jednak piękniej położonego.

Kierowca ma aktualnie podwójna przyjemność. Po pierwsze świetne widoki, po drugie, nie musi się dwoić i troić z tyłu.

Niesamowite jak zmienił się krajobraz. Zapominasz od razu, że Ci się noga podwinęła. Spoko spoko. Po 100km do docelowej miejscowosci San Pedro de Atacama podwinęła się i druga noga. Było już późno, 19.00 to godzina snu, która powinna być poprzedzona kaszowaniem. Nerwowo podjechaliśmy pod adres lokum zarezerwowanego tym razem przeze mnie przez serwis agoda. Zamiast właściciela trafiliśmy na Brytyjczyka, który lokalizacji nie potwierdził, ale podzielił się swoim WiFi. Nasz nocleg właściwy znajdował się kilometr dalej. To jedziemy. Pani widząc nas zrobiła taka wielkie oczy jak wielki był mój strach gdy zobaczyłam ten „domek”. Po kontakcie z synem oznajmiła nam, że pierworodny rezerwacje odwołał. Nie tracąc czasu na zbędne dyskusje ruszyliśmy z powrotem do Brytola na Wifi. Jedziemy pod kolejny nocleg, który jest w naszym zasięgu finansowym. Liczymy, że bezpośrednio będzie taniej, więc ruszamy pod adres z Bookingu. Na recepcji siedzi 5 letnie dziecko, które informuje nas, że mama karmi takie niemowlę jak Emi i że do niej zadzwoni. Ale zamiast dzwonić gra w grę. Em cierpliwie czeka, ale mną już targają nerwy. Pojawia się mama z roczniakiem na rękach. Właścicielka jest totalnie skołowana, nie wie za ile ma pokoje i które wolne więc Michał siedziąc przed nią, rezerwuje nocleg przez Booking. Nagle właścicielka znika i pojawia się jej małżonek, który oznajmia nam, że nie przyjmują gości z dziećmi…Ja to rozumiem, ale od tego zaczyna się rozmowę, a nie ją kończy. Szczególnie, że przez chwilę recepcja wyglądała jak żłobek. Puściły nam nerwy. Ja byłam już skupiona tylko na karmieniu Em, która to nic sobie nie robiąc z naszych przygód jadła bagietkę jak największy rarytas. Miś szybko znalazł hostel obok, w którym to Pan niczym dobry dziadek przygarnął nas szybko i sprawnie.

I oto główna ulica miasteczka San Pedro de Atacama. Budynki na klepowisku. W miasteczku oczywiście jest wszystko czego potrzeba.

Okolica ma do zaoferowania tak wiele. Sama wioska jest położona na 2500m.n.p.m. Większość atrakcji wymaga wjeżdżania na wyższe wysokości. Nie mieliśmy pojęcia jak Krasnal to zniesie i nie chcieliśmy próbować. Czytaliśmy o rodzicach, którzy wjechali mimo wszystko i córka im odpłynęła. Daleko nam do takich rozwiązań, choć po dzikich 3 nocach zafundowanych przez „bombelka” była to kusząca perspektywa. Nie chcieliśmy się też rozdzielać jak pierwotnie zakładaliśmy dlatego dopasowaliśmy plan do naszych możliwości. Udało się zobaczyć i Dolinę Śmierci, dolinę księżycową, Lagunę z Flamingami, a także dolinę Jere.

Połać soli w dolinie księżycowej.

Przez dolinę księżycową prowadzi droga. Można nawet nie wysiadać z auta, co czyni ją łatwym punktem do zwiedzania nawet z babcią, dziadkiem, jaszczurką czy Kaszojadem.

A gdy się zjeździ dół można pojechać na punkt widokowy i zobaczyć wszystko z góry. Polecają zachód słońca. U nas zachód słońca to kąpiel i usypianie także no nie tym razem.

Nieziemsko. Wszystko to w promieniu 5km od miasteczka.

Haha. To jedna z tych atrakcji, którą lepiej brzmi niż wygląda. Zjeżdżanie ze snowboardu na wydmie. Ale się biedaki nawchodziły.

Dolina Śmierci z góry. Swoją drogą urocza nazwa. Co do śmierci to jak byłam młódką to mówiłam: co się może najgorszego stać, najwyżej umrzesz. Teraz jak mam wszystkiego po uszy to się pocieszam: kiedyś wszyscy umrzemy😉.

Dolina Chaxa. Solny chodnik.

Flamingów nie było zbyt wiele, ale jednego takiego wielkiego wywaliło na brzeg.

Dolina Jere. Trochę zieleni dla równowagi. Widok z góry ladny, z dołu nic ciekawego.

Pojechaliśmy także na termy, ale ich cena ostatecznie nas odstraszyła. Szczególnie, że dopiero co wszyscy wyzdrowieliśmy. Wszystkie odległości były tak krótkie, że pierwszy raz nie umęczyliśmy się w samochodzie. Same atrakcje sprowadzały się do spokojnego spaceru i wymagały od nas minimum wysiłku. Na szczęście, bo sił po skrajnie wspaniałych nocach brakowało. Gdyby chociaż wyszedł jeden ząb. A wychodzi na to, że stan 6 sztuk na moment wyjazdu nie ulegnie zmianie.

Mimo, że przed nami Portugalia to w rozmowach staramy się to wszystko podsumować. Kuba wydaje nam się tak odległa. Myślę, że pokuszę się o post z Polski. Jeden praktyczny, a drugi klasycznie luźno o tym co w duszy grało. Tymczasem trzymajcie za nas kciuki w Portugalii, bo oprócz sił brakuje pogody, a przede wszystkim pieniędzy 😂😂😂.

Póki co refleksja jest taka. Gdy podróżujesz z niemowlakiem radosny dzień spędzony w przeciętnym patio hotelowym może być tym najpiękniejszym. Z drugiej strony wspaniała krajobrazowa wycieczka może zamienić się w koszmar. I nie wiesz jak to będzie dzisiaj. Nie wiesz nawet jak to będzie za chwilę. Bo nie ty o tym decydujesz. Byliśmy w trójkę cały czas bez jednego dnia. Bardzo to doceniamy. Chyba nawet bardziej niż te widoki. Bardzo dbaliśmy o Kruszka, przynajmniej na tyle na ile potrafiliśmy i byly ku temu warunki. Oczywiście, że czasami było nerwowo, a ja chciałam wiać gdzie pieprz rośnie. Ale było też cudownie, zabawnie i sielsko. Może i myła się w chłodnej wodzie, może i zjadła sól i cukier, może nie zawsze miała czyste body, a i przecież spała w różnych miejscach. Każdy kto mógłby się tym martwić może odetchnąć. Teraz ją czeka całe życie rutyny, zbilansowane posiłki, żłobek i rodzice 4 przez godziny dziennie. Dla mnie to jest prawdziwy „Meksyk”.

Nieliczne wspólne zdjęcie. Zawiśnie u nas na ścianie.

Share: