Znów jestem pełna pasji…

Wolność. Masz wolny dzień? 12h i możesz zrobić z nimi co tylko chcesz? Nie daj Boże ciągiem? Jesteś szczęśliwcem. Jeżeli chcesz robić nic to tak samo się liczy. Identyko. Ja dostałam ten dzień od męża i córki. Co z nim zrobiłam? Weszłam na pokryty lodowcem, aktywny wulkan Villaricca. Na butach raki, na głowie kask, na ustach uśmiech.

Znów jestem pełna pasji…

Siedzę. Nic nie robię. Siedzę i się uśmiecham.

Do Pucon przyjechaliśmy względnie wcześnie. M z powodu nocnych przygód odsypiała praktycznie całą drogę w samochodzie. Po przyjechaniu na miejsce można by odnieść wrażenie, że jest się w alpejskiej wiosce. Można by gdyby nie dymiący WULKAN nad szeregiem drewnianych domków. Szybka wizyta w firmie, którą organizowała nam wejście na wyżej wspomniany. Przymiarka ciuchów, dogranie szczegółów i decyzja zapadła. Idę pierwsza. Podczas wyjazdu wiele razy okazywało się, że nasza kondycja jest w stanie opłakanym. Jednak żartowaliśmy z Michałem, że mamy silną psychę, a w górach głowa jest ważniejsza niż nogi. W ankiecie dotyczącej mej sprawności nakłamałam, że ćwiczę raz w tygodniu. Michał pocieszał mnie, że żadne ćwiczenia nie są mi potrzebne, bo jestem jak koń. Prawdę mówiąc wizja wolnego dnia dawała mi takiego kopa, że weszłabym nawet o kulach. Po szybkich zakupach pojechaliśmy do naszego domku. Nie będę nic pisać, zobaczcie zdjęcia.

To jest zdecydowanie mój ulubiony sposób na nocleg. Do tego kuchnia „polowa”, miejsce na ognisko. Miód.

Z tarasu widok na góry. W sumie muszę ogarnąć zdjęcia panoramiczne, bo w zasadzie taki obraz był gdzie okiem nie sięgniesz.

We dwójkę odczuwaliśmy stresik. Michał co rusz dopytywał: gdzie są jej body, czy cukinię się obiera? rano dać jej tubkę, co ugotować na obiad? Nie żebyśmy byli razem 3 miechy. Prawda jest taka, że to pierwszy raz kiedy zostaje z małą tak długo sam. I to jest smutna prawda. Bynajmniej nie z jego ani mojej winy. Tak to wymyśliła natura, która moim zdaniem jest mężczyzną.

Z ekscytacji sama obudziłam się o 5.00. Zabrałam przyszykowane wcześniej rzeczy i w drogę na miejsce zbiórki. Szła nas piątka. Co śmieszne moją kompanką okazała się Amerykanka, którą wraz z mężem i 3 dzieci siedzi od pół roku w Chile. Dlatego gdy przewodnik pytał nas czy wszystko ok, zgodnie odpowiadałyśmy, że luz, nie trzeba NIC robić tylko iść. Pierwszą godzinę marszu można fakultatywnie pokonać kolejką. Oczywiście podchodziłam do tego bardzo ambicjonalnie, jakby skorzystanie z niej odebrało mi samo wejście. Na szczęście grupa zdecydowała, że wjeżdżamy i biorąc pod uwagę dalszą trasę była to dobra decyzja. Po niecałej godzince spokojnego marszu przed naszymi oczami ukazał się lodowiec. Przewodnicy sprawnie założyli nam raki i w dalszą drogę. Przystanki były rzadkie i krótkie czyli tak jak Jadzik lubi najbardziej. Dobra grupa, świetne tempo i o 12 byliśmy na szczycie. Niesamowite wrażenie robi fakt, że wulkan jest aktywny, bucha. Wydaje takie odgłosy jakby Ziemia brała oddech. 5 miesięcy temu krater był wypełniony lawą i wcale nie jest to niezwykły widok. Aktualnie byliśmy na nieszczęście albo szczęście w spokojnym jego okresie i wierzchnia warstwa była zastygnięta. Jednak chciałabym kiedyś zobaczyć ją w stanie ciekłym i stawiam to sobie za CEL długoterminowy.

Drugi raz mam raki na nogach i drugi raz w Ameryce.

Aparat nie odda. Jedno jest pewne. Takich widoków w domu nie wysiedzisz.

Naprawdę byłam z siebie zadowolona. A bardzo dawno tego nie czułam. Raczej od długiego czasu mam do siebie o coś pretensje. W górach jest inaczej.

Proszę bardzo Pan Krater. Mieliśmy maski ze sobą, ale tak wiało, że nie trzeba było używać.

Ze względu na moje kolanka bałam się zejścia. Na szczęście połowę trasy zjeżdża się niczym w aquaparku w lodowych rynnach. Kolejny odcinek równie łatwy. Góra jest sypka, schodzi się więc jak po chmurze. Bawiłam się jak dziecko. Najadłam się słodyczy, zmęczyłam jak lubię. Przyrzekam, że dawno nie pamiętam tak beztroskiego dnia. Tylko dla mnie. Myślałam o tym, że nie mogę wszystkiego na bieżąco komentować z Michałem. Dotychczas takie mocne przeżycia doświadczaliśmy razem. Ale za dwa dni nasze wspomnienia będą równe, to sobie porozmawiamy.

Organizator wycieczki zapewnił nam też kompletny strój do zjeżdżania. Jak ktoś nie miał to nawet skarpety były do wypożyczenia.

Nasza grupa wraz z przewodnikiem na tle wyzwania.

Wsiadłam w samochód i zaczęłam się zastanawiać jak się ma familia. Nie żebym się specjalnie martwiła o Kruszka, on sobie poradzi. Ciekawa byłam jak żyje Michał. Gdy wysiadłam na podwórku usłyszałam melodie wygrywaną na garnkach i talerzach. Czyli albo Michał zwariował, albo są w komplecie. Wyobrażałam sobie scenę niczym z filmu, że Em biegnie do mnie i się wtula mówiąc „mama”. I faktycznie jak mnie zobaczyła to się bardzo, ale to bardzo ucieszyła jednocześnie wyrywając mi kluczyki do samochodu z rąk. No, to już wiadomo skąd ta radość.

Po wyjeździe wnioski mam takie, że to rodzic potrzebuje krzesełka do jedzenia, nie dziecko 😉. I bardzo tęsknię za naszym.

Czy Emi uśmiecha się z powodu otaczającej ją przyrody? Nie. Michał macha jej miotłą nad głową 😉.

Pucon ma taką ilość atrakcji do zaoferowania, że można spędzić tu bez nudy i dwa tygodnie. Dwa tygodnie, których nie mamy, bo ZMARNOWALIŚMY je na krajobraz bez gór… Chcesz iść do parku narodowego? Do wyboru do koloru. A może wycieczka na wodospady? Najpierw musisz zdecydować który. A plaża jest? W samej miejscowości dwie. Woda zima?  Hmm to idź na termy. Rower? Wypożycz i droga wolna, wodna też, bo i taki rower znajdziesz. Z tego powodu w szczycie sezonu jest taki tłum ludzi, że 20km odcinek pokonuje się w 3 godziny. Nie to co w marcu. Pusto. Wspaniale.

Królowe stylu szukają pralni. No niestety wycieczki nas tak pochłonęły, że zapomnieliśmy ogarnąć pranie.

W Pucon jest przyjemny park, dla nas przyjemny oznacza dużo powierzchni płaskiej. Do tego latające papugi i sokoły i sielskie popołudnie zaliczone.

Termy Puzon, na których byliśmy sami. Kiedy Michał zaczął się nudzić? Gdy zanurzył duży palec u nogi.

Wycieczka do pobliskiego parku narodowego Huerquehue.

Chcieliśmy dojść do punktu widokowego, jakieś 4km. Tylko, że cały czas pod górę. Ponieważ Em usnęła to żeby wszystko przebiegło bez afer wybiegaliśmy. Zmęczyliśmy się bardziej niż na wulkanie. Bardzo żałuję, że były chmury, bo widok- National Geographic.

Niestety musimy powoli wracać do Santiago skąd mamy lot na Atacamę. Jest tyle punktów, które chcielibyśmy odwiedzić, ale każde oddalenie się o 2h od drogi głównej zdaje nam się być katastrofą. A dopiero na południu kraju zaczyna się zabawa…. Widzimy mocno i wyraźnie nasze ograniczenia. Kombinowaliśmy w każdy możliwy sposób, może pojechać nocą, a może się rozdzielimy i jeden z Em samolotem drugi autem. Składamy broń, jedziemy w stronę stolicy za bazę na dłuższy postój przyjmując wioskę Alto Bio Bio. I… jeżeli taki krajobraz to jest kompromis to ja nie mam pytań. Chile.. chcesz moja nerkę? Mogę Ci jakoś służyć?  Zostaję Twoją psychofanką. Infantylną i dojrzałą zarazem. Bo mogę i chcę.

Droga do Ralco.

Widok z naszego domku. To był ostatni dobry wieczór w tym miejscu 😂.

Jak oni spacerują.

Jednak zanim w góry to najpierw do szpitala. Wbrew pozorom najbardziej chorowitą jednostką naszej rodziny nie jest M tylko Michał. Gdy tylko uporał się z anginą to dostał zakażenia jakiejś mikro rany po ugryzieniu czy dłubaniu (obstawiam to drugie) i pojechaliśmy się obejrzeć do lekarza. Swoją drogą 80 zł za wizytę to dobra cena szczególnie, że za tyle można tu kupić kilo jabłek i rzeczy na jedno śniadanie. Co się odwlecze to nie uciecze. Góry postoją, a noga Michałowi może się jeszcze przydać.

Szpital w Santa Barbara. Miejscowość raczej nieciekawa i Michał głównie z niej drwił. Musiał się jednak z nią przeprosić i złożyć kolejną wizytę.

Ponieważ nie wyglądał kwitnąco postanowiłam zorganizować damską wycieczkę. I wiecie co, jestem z niej dumna. Wzięłam samochód i pojechałam przed siebie. Kruszek współpracował znakomicie, a co udało nam się zobaczyć przedstawiam poniżej.

Droga w stronę Laguny Barca.

W każdym kierunku widoki są zadowalające.

Po ponad 2 miesiącach przerwy od prowadzenia samochodu taka drogą to nagroda.

Lama. Ciekawe jest pokazywanie zwierząt dziecku. Lama jest spoko, ale np. jak zobaczyła kota to był taki wrzask. Ciekawe co na to Balon.

Przewidywaliśmy, że podczas podróży możemy być zmęczeni sobą nawzajem. Że Kruszek się nie odnajdzie i będzie trzeba wracać. Nic takiego nie miało miejsca. Niestety nie przewidzieliśmy, że możemy zachorować we dwoje. Po 20 latach bez choroby dopadło mnie jakieś dziadostwo. Nos spuchł mi do takich rozmiarów, że wyglądam jak Goofy.

Tego Ci insta nie pokaze. Tu jeszcze były siły na zdjęcia.

Ogólne osłabienie, brak sił, marazm spowodował, że zaczęliśmy się zastanawiać nad powrotem do Polski. Myślę, że gdyby nie fakt, że do Portugalii przylatują do nas przyjaciele z Polski to na 50% post publikowała bym z Gliwic. Przez te 3 ciężkie dni jedyną iskierką była Misia. Trzymała nas przy życiu. A my drżeliśmy żeby jej nie zarazić. Żeby zwiększyć swoje szanse wyzdrowienia porzuciliśmy nasz zimny domek i ruszyliśmy do Los Angeles. Tutaj dla równowagi ja udałam się do lokalnego szpitala. Po 6h oczekiwaniu na izbie przyjęć zrozumiałam, że tej nocy mój nos nie jest zbyt istotny i wróciłam do hostelu wymarznięta i głodna. Nasz lot na Atacamę stanął pod znakiem zapytania.

Rano patrząc na wijącego się w łóżku Michała zaczęłam pisać do przyjaciół. Jedni klepali nas po ramieniu, drudzy stawiali do pionu. Otrzymaliśmy też szybką poradę lekarską od Pani Ani, za którą bardzo dziękujemy. I jakoś tak pojaśniało. Mój nos powoli odzyskiwał drugą dziurkę, a Michał rzadziej wykrzywiał twarz z bólu. Dopiero popołudniu gdy poczuliśmy, że możemy dalej kontynuować naszą podróż napisaliśmy do rodziców. Jakoś tak się złożyło, że przez te kilka dni nie rozmawialiśmy. Dzięki Bogu. My też staraliśmy się nie inicjować kontaktu. Dlaczego? Bo byliśmy mentalnie w takiej du***, że gdybyśmy podzielili się z nimi naszymi myślami to coś czuję, że mielibyśmy kompanów.

Prawie alpejsko. Bo ten pan w białej czapce to wulkan. No nie przebijesz tych widoków.

Jezioro Ralco. W zasadzie dojechaliśmy tam i wróciliśmy. To był plan minimum wycieczki, bo nikt nie miał siły na więcej.

Gdy jesteś po drugiej stronie świata i właśnie zaczynasz jesień, potyka Ci się noga. Zabierasz babci wnuczkę, znikasz, bo masz taki kaprys. A potem przyznajesz „mamo chcieliśmy wracać”. To możesz się spodziewać, że usłyszysz „a nie mówiłam”, „wracajcie już”, ” gdzie Was pognało”. Albo możesz usłyszeć ” jesteście silnymi ludźmi, kontynujcie swoją podróż. Źle ciągle nie będzie, po złych dniach przychodzą te dobre. Ja mocno trzymam za Was kciuki”. Oj mamo codziennie podnosisz mi poprzeczkę. Em nie wiem czy będę mamą z tak otwartym umysłem w razie czego masz taką babcię.

Krasnalu w sandałach i skarpetach kiedy tak urosłaś?

Share: