Pierwszy Chile

Chile. To pierwszy kraj nie licząc europejskich, do którego wracamy po raz drugi. Bynajmniej nie z powodu, że skończyły nam się pomysły. W Chile po raz pierwszy byliśmy dokładnie 2 lata temu. Na chwilę, przy okazji Argentyny. Chile zostało zapamiętane jak ciekawy znajomy, z którym chętnie umówisz się w przyszłości na piwo. Po tygodniu wiem, że będzie to przyjaźń na całe życie. Rozglądasz się, bierzesz oddech … i wiesz, że tu pasujesz.

Pierwszy spacer po stolicy. W stronę flagi, trochę symboliczna ta fota.

Na wszystkich blogach piszą: „lataj w nocy, dziecko śpi!” Śpi, fakt. Ale ty nie śpisz. Chcesz skorzystać z przywileju bycia dorosłym. Rzucasz się niczym sęp, a to na filmy, a to na kolację, potem pilnujesz żeby się dziecko nie sturlało na podłogę, bo jednak trochę szkoda. I bach. Masz ranek, nieprzespaną noc i pełne życia dziecko!
Najważniejsze jednak, że cała podróż minęła bardzo sprawnie. Był przez chwilę strach, gdyż zagubił się nasz wózek. Na szczęście odnalazł się na taśmie z walizkami z Bolonii. Jeszcze tylko grabież w wypożyczalni samochodów – tym razem jakiś absurdalny podatek lokalny bagatela 250 dolarów i możemy jechać.

Em w samolocie. Znów miała swoje miejsce na dwóch odcinkach co BARDZO ułatwia życie.

Dość skołowani niedospaną nocą dostaliśmy się do mieszkania, z którego to w zasadzie nie wyszliśmy pierwszego dnia. Michał przez 4 godziny twardo zgrywał, że nie chce mu się spać po czym zemdlał na łóżku. Ale już na pierwszy rzut oka temperatura powietrza wskazywała, że będzie nam tu dobrze. Jet lag w postaci 3 godzin rozmył się już pierwszego wieczora, gdyż jak jeden mąż padliśmy na 13 godzin o 19.00 nowego czasu. Po prawie dwóch miesiącach spania albo w duchocie, albo w lodówce (klimatyzatory mają wyświetlacz temperatury tylko dla ozdoby), cudownie było opatulić się kołdrą i oddychać naturalnie rześkim powietrzem.

Wraz ze sprawnością fizyczną rozwinęła się też wolna wola. Tutaj akurat maszeruje zgodnie z naszym planem, ale to zaledwie promil jej kroków.

Mocno zmienił się krajobraz. Wysokie budynki, pomieszanie stylów – jakże pasujące do siebie. Parki. Takie duże. Nie jakieś oszałamiające. Ale dające cień, pozwalające na spacer. Tak tęskniliśmy. Góry. W samej stolicy. Delikatnie zarysowane, ukryte, ale widoczne na tyle żeby przypominać w jak dobrym miejscu się znaleźliśmy. Wszystko co się dzieje dookoła takie zrozumiałe. Kupienie produktów na śniadanie – proste. Santiago, choć koszmarnie się po Tobie jeździ, to pierwszy raz od wyjazdu z domu nie musieliśmy w ciągu dnia wracać do mieszkania. Ani się chować przed światem, ani przed pogodą. Po prostu spacerowaliśmy.

Stare budynki odbijają się w nowych.

Punkt widokowy w środku miasta. Widać z niego jak stolica jest pięknie położona.

Jeden spacer i tyle radości. A do tego przyjemne 25 stopni.

Najważniejsze, że tutaj każdy skrawek trawy może służyć do siedzenia. To bardzo ułatwia sprawę z małym dzieckiem.

Największy bąbel ze śliny w mieście.

Zachęceni bliskością gór ruszyliśmy do oddalonego o 50 km wąwozu. Niestety z Chile jest taki problem, że nie jest to popularny kierunek i znalezienie informacji „co gdzie jak” jest bardzo trudne. Znalezienie informacji „co gdzie jak z dzieckiem” jest niemożliwe. Często żartujemy, że aktualnie w Chile jest 5 turystów. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy i znajdziemy sposób na spędzenie dnia na miejscu. I znaleźliśmy. W aucie. Ten krótki odcinek z powodu korków zajął nam 3h. Z tego powodu gdy dojechaliśmy i przekalkulowaliśmy czas to zaczęliśmy powoli wracać. Trochę żal. Ale już patrząc przez okno przypomnieliśmy sobie dlaczego chcieliśmy tu wrócić.

Przypadkowy kadr podczas poszukiwania miejsca do odpoczynku.

Spacer bez sukcesu niestety. Miejsce piknikowe było za małe, a basen cudnie położony, ale dla nas niepraktyczny.

Mały kangur tuż przed odpadnięciem. Sporo korzystamy z nosidła, choć z tego konkretnego modelu nie jesteśmy zadowoleni.

Naszym celem jest Pucon. Ze stolicy jest to dystans ponad 800 kilometrowy. Postanowiliśmy podzielić go sobie na 3 odcinki. Pierwszy postój w krainie wina. 15 tysięczne miasteczko Santa Cruz jest bardzo malowniczo położone. Dodatkowo Michał odkrył restaurację z widokiem na winnice i góry. Do tego ogromny trawnik, po którym hasa Kruszek gdy rodzice smakują winko. Czerwone. Wypite pierwszy raz po półtorej roku. Jakbym dowód na osiemnastkę dostała. Szaleństwo.

Chyba nie byłam w restauracji z lepszym „wybiegiem”.

Stołowaliśmy się w innych restauracjach niż w tej z widoczkiem. Cena czyni cuda.

Pyyyszzzne. Przeliczyłam, że Michał ma jakieś 15 imprez podczas, których ja się bawię, a on odrabia ciążę i karmienie.

Zrobiliśmy sobie dwie wycieczki krajobrazowe o tematyce winnej. O ile przejażdżka rowerem elektrycznym świetnie się zgrała z drzemką Em, to zwiedzanie winnicy przypominał koszmar. Jednak to była słodka zapowiedź tego co Maleństwo szykowało na później.

Rower Michała z jakże niepraktyczną chorągiewką, o którą zahaczał plecakiem przy każdym manewrze. No, ale może nie każdy zwiedza winnice z toną sprzętu i opakowaniem pampersów.

Mój rower choć miał śmieszne małe kółka to jego bateria wytrzymała całą trasę. Pedałowałam dla ozdoby.

Emilia jak widzi kiście winogron to dostaje spazmów, bo chce je zjeść natychmiast. Przypominają mi się porady przy rozszerzaniu diety żeby ciąć gronka na cząstki. Teraz jest dobrze jak mi się uda je umyć 😂.

Piękny obrazek, który Em umilała nam głośnym wyrazem swojego niezadowolenia. Mógł być idealny dzień, a był po prostu kolejny 😉.

Po sielskich dniach i tragicznej nocy ruszyliśmy dalej na południe. Kilometrów wiele więc nastawiliśmy się na całodzienną przeprawę. Ślimaczym tempem, ale jednak do przodu. Z całą masą zabaw, przystanków dojechaliśmy do chatki nad rzeką w Saltos del Laja. Do dyspozycji piękny wiejski domek, który jednej nocy współdzieliliśmy z innymi wakacjowiczami. Niestety po arii do 24.00 sąsiedzi zakończyli swój pobyt. Bardzo mi było ich żal, Emilii, Michała i siebie. Kruszek ząbkuje, odmawia jedzenia mleka, które tak chętnie popijała trzy dni temu i w zasadzie to jest na „nie”. Nie to co rodzic. Rodzic zawsze musi być na „tak”. Walcząc jak lwy o miły czas spędziliśmy dzień nad rzeką i odwiedzając pobliski wodospad. Przed nami ostatni odcinek do Pucon, w którym planujemy posiedzieć najdłużej. To będzie też pierwszy raz gdy się rozdzielimy. Czeka nas tam też wspaniały nocleg, drewniany, prywatny domek. Prawdę mówiąc fakt, że praktycznie wszędzie współdzielimy przestrzeń jest trudny. Zdaję sobie sprawę jak istotny jest urlop dla innych ludzi i czuję się niezręcznie gdy zakłócam komuś spokój. Taka wewnętrzna presja żeby wszyscy mieli komfort powoduje, że bardzo mało miejsca zostaje dla Ciebie.

Główna atrakcja wioski. O dziwo bezpłatna i oddalona 2 minuty spacerkiem.

Każdy ma swój gust. Kaszojad docenił śmietnik.

Nad rzeczką koło naszego domku. Mlekojad gdy widzi wodę zawsze jest w lepszym nastroju.

W pogoni za kurami. To ulubione zwierzęta od 3 miesięcy. Iguany? Małpy? Matka – kury mnie daj!

Brudas. Sąsiadka z Norwegii wezwałaby opiekę społeczną. Pani Goździkowa powiedziałaby Kowalskiej, że Nowak sobie nie radzi z dzieckiem, a mama z Nepalu powiedziałaby, że jest prawie czyste.

Żadna szerokość geograficzna nie zwalnia z „odrobienia pańszczyzny”. Czy ty też zaczynasz wakacyjny dzień od gotowania brokuła i marchewki? Zamykasz oczy mając przed sobą tą samą twarz, którą widzisz gdy tylko je otworzysz? Po to by obserwować ją kolejne 15 godzin? Internet jest wręcz przepełniony blogami czy to parentingowymi bądź podróżniczymi z dzieckiem, jednym, dwoma, trzema. Można mieć wrażenie, że wszystko zostało już napisane. Nic bardziej mylnego. Tego co się dzieje w głowie, tego co się czasami myśli, nie napisze nikt. Nawet ja. Choć się gotuje i czasami aż wstyd za to co się w łepetynie pojawia to się kocha. Bardzo. Nas przed rzeką rozpaczy uratował telefon do przyjaciół. Gdy ktoś kto Cię nigdy nie okłamał mówi, że będzie dobrze to musi tak być. I faktycznie było. Dziękujemy!

Dzióbek dla ciociów i wujków co wspierają rodziców.

Share: