…czy mamy na jutro czyste ubrania, przed lotem trzeba dokupić mleka, Michaszke powinien więcej jeść, a może za często daje jej to jajo, a może za rzadko daje jej to jajo, może przykryje ją jednak kocem, ładnie się dzisiaj bawiła, nieźle chodzi, ciekawe jak Franio się miewa, mam nadzieję, że u mamy wszystko w porządku, Teo rośnie jak na drożdżach, ciekawe ile razy wstanie w nocy, może jednak nie będę jej przykrywać… myśli kotłują mi się w głowie. „Ja nie wiem jak ty możesz leżeć i nic nie robić” -mówi do mnie Michał. „Ja bym się zanudził.”

To nasz ostatni tydzień w Meksyku. Na tym wyjeździe drugi raz przekroczyliśmy granicę 21 dni w jednym kraju i znów mamy wtedy kryzys, chcemy jechać dalej. Główny powód to pogoda. Od tygodnia jest obrzydliwe gorąco. Oczywiście to anomalia, miało być przyjemne 27 stopni, a jest 10 więcej. 27 owszem, w nocy.

Odpoczywamy w cieniu. Ja już nie wiem jak to się dzieje. Obieram jajko, podnoszę głowę, a moje dziecko zaś z kimś siedzi. M oby Ci tak zostało na żłobek.

Ekipa trzech Misi odpoczywa. Mały miś, duży miś i szumiś.

Drugi powód to jedzenie. Jak wrócę to przeproszę się z najgorszą polędwicą sopocką z biedronki. Tak niskiej jakości jedzenia nie widziałam nigdzie. W Polsce jest moda na BIO. Tutaj RAZ udało mi się znaleźć jogurt naturalny bez cukru. Nie jestem fanatyczką żywieniową. Mam swoje ulubione produkty, zanim kupię nowość to przeczytam co jest w środku. Produkty Bio wybiorę jak cena mnie nie powala, albo wiem, że młoda zje. Oczywiście wsunę też pół kilo żelek. W Meksyku wszystko jest w ogromnych paczkach, słodzone, składy są koszmarne. Czasami jak jem kanapkę to czuję smak plastiku i się zastanawiam co tym razem szynka czy ser czy jedno i drugie.  Niestety ma to odbicie w społeczeństwie, które jest bardzo otyłe. Kobiety, mężczyźni i przede wszystkim dzieci.

Domowy polski obiad. Szkoda, ze śmietana do mizerii miała całą tablicę Mendelejewa, a masło smakowało jak margaryna.

Na koniec zostawiliśmy sobie najbardziej popularne ruiny Majów. Popularność niesie za sobą tłumy i astronomiczną cenę za wstęp-100 zł od głowy. O ile na pierwszy problem mieliśmy rozwiązanie to z drugim nie zrobimy nic. Najgorzej, że w tym miesiącu cena podskoczyła o 100%. Ale póki takie „nieszczęścia” nam się przytrafiają to nie ma co narzekać. Żeby przechytrzyć system stawiliśmy się przed kasami o 7.45. Na ten sam pomysł wpadło z 50 osób. Jednak przy 2000, które codziennie odwiedzają Chichen Itza to całkiem mało. Myślę, że na miejscu samych sklepikarzy było 100.  Największe wrażenie oczywiście robiła piramida i swą dostojnością przyćmiła resztę budynków. Niestety mamy problem z odbiorem tych zabytków, bo często nie ma tablic, a jak już są to są tak nieciekawe, że mogłyby służyć jako wieczorna kołysanka. Generalnie wszystkie osoby mające problem ze snem powinny sobie zrobić zdjęcie opisu i zastosować jako terapię.

Ten czerwony punkt to Em. Daje to obraz jak piramida jest duża. Mysz grzecznie siedzi, bo je trawę. Generalnie dietę uważam za rozszerzoną.

Ta samą piramida godzinę później. Opłaca się być po prostu wcześniej.

Pokręciliśmy się i gdy ludzie zaczęli się namnażać jak przez pączkowanie, ruszyliśmy do przedostatniej cenoty, która wydaje mi się jest jedną z najpopularniejszych. Twierdzę tak, bo gdy pod postem Martyny Wojciechowskiej o cenotach posypały się zdjęcia, to 80% dotyczyło właśnie Ik-kil. Również było tam względnie pusto co uradowało serce Michała. Dostaliśmy z Emi nawet oficjalne podziękowania za świetny czas.

Najbardziej dopieszczona cenota. Każda roślinka była docięta. Trochę mi to przeszkadzało. A już na pewno czerwone boje.

Ten bąbel wody to małżonek. Skakał z czego się dało. Trampolina nie nauczyła go kompletnie nic. Na szczęście cenota głęboka na 50 metrów.

Żeby móc dojechać do miasteczka Majów zdecydowaliśmy się pomieszkać w Valladolid. Miasteczko samo w sobie nienajgorsze, mieszkanie wreszcie z kuchnią urządzone raczej tradycyjnie. Niestety szczyt upałów spowodował, że umeczyliśmy się najbardziej ze wszystkich dni. Mieliśmy na przeciwko naturalny basen, ale cenoty z Ząbkiem są niepraktyczne. Nie można jej spuścić z oka, nie ma gdzie z nią chodzić więc tylko szybka kąpiel, zmiana rodzica i wychodzimy. Tak to wygląda póki co. Zatęskniliśmy za plażą, którą niedawno przeklinaliśmy. Na szczęście pobyt zaplanowaliśmy zakończyć na rajskiej wyspie Holbox.

Kadr z głównego placu.

Wyjątkowo uroczy kościółek napotkany w trakcie spaceru. Szukaliśmy parku- bezskutecznie.

Co do urokliwości wyspy na wszelki wypadek nie nastawiałam się jakoś przesadnie. Doświadczenie po Tajlandii mam takie, że gdy tylko coś w internecie jawi się jako rajskie po roku już takie nie jest. Niemniej jednak kto nie sprawdzi ten się nie dowie. Przepakowaliśmy się bardziej kompaktowo, plecaki na plecy i ruszamy na prom. Na promie zaczepiła mnie Meksykanka w moim wieku. Powiedziała mi, że mamy w Meksyku mogą liczyć na 40 dni urlopu macierzyńskiego. Tacie przysługuje 5 dni. Sama zostawiła z dziadkami swoje miesiąc starsze dziecko i dźwięki wydawane przez M łudząco przypominały głos jej pociechy. Ja póki co walczę żeby móc zostawić Em samą na dobę. Jak to się uda to nie wiem… Oszaleję z radości tfu tęsknoty 😂. Gdy wysiedliśmy w zasadzie nie byłam pewna czy nie jesteśmy w porcie, z którego wypłynęliśmy. Jednak kroczek po kroczku wchodziliśmy wgłąb i kliknęło. Parę uliczek, które w dzień wyglądają trochę jak poza sezonem. Wieczorem jednak miasteczko budzi się i jest w sam raz. Nie dyskotekowo, ale muzyczka leci, lampki świecą. Oczy się błyszczą, dusza się cieszy tylko ręka nerwowo tyrka wózek. Ludzi w sam raz, długa plaża dzięki czemu nie ma tłumów. Pięknie gdzie wzrokiem nie sięgniesz. Karmią nas dobrze. Oj Holboxie, nawet nie wiesz jak podniosłeś ocenę Meksykowi.  A gdy dodam do tego, że Szefowa spała sama tylko z jedną pobudką to mi nawet nie żal pysznej kolacji, którą w połowie mi zjadła.

Jest i ona. Wyspa na koniec.

Kolor wody nie powalał, za to piasek mmm. Jakby ktoś wysypał wybrzeże mąką do pizzy.

Knajpki wieczorową porą.

Na wyspie nie ma ruchu samochodowego. Za to bardzo popularne są wózki golfowe. Bylibyśmy chorzy gdybyśmy nie zjechali wyspy wzdłuż i wszerz.

Za nami Meksyk. Było bardzo wakacyjnie. W sumie zrobiliśmy z 2000km bardzo powoli i bez problemu. Z 4 miejsc, które mieliśmy w planie zrezygnowaliśmy ze względu na Kruszka. Z drugiej strony to ona jest powodem, dla którego jesteśmy aż 3 miesiące, więc niech stracę i wybaczę. Na Holboxie spotkaliśmy znajomków Niemców z Bacalaru, którzy wykorzystali ten czas podobnie do nas mimo, że podróżowali sami.

Pięknotka z kwiatkiem dobranym do naczyniaka. Ojciec u barbera, a my focimy.

Naturalny brodzik. Póki co plaża oprócz lotniska to najłatwiejsze miejsce do opieki nad Em.

Będę to miejsce mile wspominać. Jednak Jukatan nie namieszał w rankingu najlepszych wyjazdów w moim życiu. Jestem za to bardzo podekscytowana przed Chile. Jednocześnie też trochę się obawiam samej podróży, bo choć długi lot jest w nocy to czeka nas prawie 24h w drodze z Cancun do Mexico City i dopiero do Santiago de Chile. Przemieszczanie się stało się dla nas codziennością. Pakujemy się odruchowo, po Em nie widzę żadnych zachowań, które mógłyby świadczyć o jej „zagubieniu”. Widzę za to sporo ekscytacji przeżywanej przez całą rodzinę. Nas jara cenota, a Em bransoletka, którą dostaje się na wstępie. I wiecie co. Z każdym dniem jest łatwiej. Są chwile kiedy myślę jakby było we dwoje. Kiedy chciałabym po prostu usiąść i zjeść co chce i kiedy chce. Pojechać w miejsce póki co niedostępne. WYSPAĆ SIĘ. Są też momenty, że siedzimy wszyscy w morzu. Ząbek biega w pontonie między nami i śmieje się ile sił w płucach z każdej fali. Wtedy jakoś człowiek łagodnieje i promienieje. Cieszę się, że możemy to obserwować we dwoje. Cieszę się, że możemy też wspierać się w sytuacjach kryzysowych gdy M drze się ile fabryka dała, bo nie pozwalam jej zjeść gumy podniesionej z chodnika. Biorąc pod uwagę to co już udało nam się wspólnie przeżyć pozwalam sobie na stwierdzenie, że coś jest niemożliwe. Tylko najpierw staram się sprawdzić czy rzeczywiście tak jest.

Zabawy i pokazywanie możliwości.

Po chwili naśladowanie.

Pożegnanie z plażą na co najmniej miesiąc. W ogóle jestem z nas dumna, że pomimo takiego słońca Em nie jest zjarana. Osiągnęliśmy mistrzostwo w chronieniu przed słońcem, głównie robiąc za żywą tarczę.

Share: