31 lat ukończone w pięknych okolicznościach, ale wciąż oznacza to, że czas płynie. Były okresy w moim życiu, że jakby stał w miejscu, potem raptownie przyśpieszał. Jednak to co się dzieje teraz to przesada. Szczególnie, że obok biega (i to dosłownie) namacalny dowód upływających dni. Dopiero co była totalnym żelkiem, a zaraz przyjdzie i powie: „mamo, daj 5 dych”. Może się odkujemy po tej podróży i damy. Zobaczymy 😊.

Jeżeli nawigacja mówi Ci, że dojedziesz tą drogą, ale auto jednak się nie mieści między krzakami to się wycofaj zamiast brnąć w to dalej. Mądry Polak po szkodzie. Póki co Polak zakupił pastę do polerowania i czeka nas drugi raz myjnia, tak świetnie nam poszedł dojazd do Homunu.

Niezawodna nawigacja. Początek trasy. „A podjadę jeszcze kawałek, może będzie lepiej”. Było gorzej.

Ale co tam. W końcu jedziemy do naszego raju z własną cenotą i basenem. Raju, w którym ja będę bujać się w hamaku, a Kruszek będzie skakał po trawie. Raju, który zaśmiał nam się w twarz. Suche badyle, kamienie, uskok na 2 metry przed domem, basen dla owadów i cenota dla naiwniaków. Raj…s..raj.

Teren naszego ośrodka. Raj dla rodzica, cały czas zgięci w pół.

Nasza urokliwa chatka z jakże praktycznym tarasem dla niemowląt.

Mieliśmy być tutaj 6 dni, ale zakwaterowanie rozpoczęliśmy od poszukiwania nowych opcji, jak nocleg tutaj skrócić i gdzie wydłużyć. Mieliśmy zaplanowanych kilka wycieczek fakultatywnych, także jedną z nich – do Izamalu, zamieniliśmy na pobyt na stałe. Ponieważ w naszym kompleksie wypoczynkowym siedzieć było nie sposób, ruszyliśmy do miasta Merida spędzić tam calusi dzień.

Wieczorami mieliśmy wrażenie, że wszystkie owady atakują strzechę żeby do nas dołączyć. Spaliśmy więc w 3. w moskitierze. Ile miejsca dla nas – każdy widzi.

Miasto klasyfikuje jako – „po co ktoś w ogóle tam jeździ”. Natomiast suma summarum spędziliśmy przyzwoity dzień. Gdy doszliśmy do głównej atrakcji – deptaku Paseo de Montejo zaczęliśmy się odwracać na pięcie. Los jednak chciał, że na drodze stanęła nam rodzina z Miami z półtora roczną córką. Em od razu do niej wyrwała, a my mieliśmy chwilę żeby porozmawiać. Rodzina przyjechała tutaj na rok pracować dla świadków Jehowy. Bardzo chcieli nam pomóc spędzić dzień najmilej jak się da i zaproponowali zoo z parkiem dla dzieci. Szczerze się z tego ucieszyliśmy. Chciałabym wiedzieć swoją reakcję 2 lata temu na taką propozycję. Cóż.

Nowa koleżanka była bardzo zawstydzona, ale ostatecznie pokazała Em swój kapelusz z delfinem.

W Zoo dowiedzieliśmy, że w Polsce żyją muflony i renifery. Na Węgrzech też są 😁.

Resztę dnia spędziliśmy w centrum handlowym. Tak. Siedzą w Meksyku i spędzili dzień w sklepie 😁. Po pierwsze jest chłodno. Po drugie,  musieliśmy kupić M jakieś buty. Po trzecie, marzyłam o nie meksykańskim żarciu. Po czwarte, pamiętacie nasz raj…. Tak sobie potem analizowałam, że w zasadzie to był taki dzień na Śląsku. Spacer po parku chorzowskim, a potem zakupy. Nie zawsze muszą być fajerwerki i nie zawsze są. Przed odjazdem z Homunu odwiedziliśmy co lepsze cenoty. Można powiedzieć, że to była prywatna wycieczka. Byliśmy tam tylko my i nietoperze. I dobrze. Nie stresuję się wtedy gdy Miś zaczyna piszczeć na cały głos. Ja wiem, że odbijające echo z jej głosikiem jest słodkie. Tylko, że dla mnie i dla Michała. Reszty świata wolę nie uszczęśliwiać.

Cudowne było to uczucie. Po skoku do wody musiałam szybko wyjść, bo M nie zrozumiała, że to rozrywka i płakała, że zniknęłam… Kiedyś jeszcze coś zrobię na spokojnie.

Kolejna cenota. Na miejscu miały być 3, ale Pan wziął hajs i się zmył, więc widzieliśmy jedną.

To chyba moja ulubiona. Prawie zamknięta, ale z jednym oknem dzięki czemu w środku było naturalne światło.

W ramach misji ratunkowej przenieśliśmy się do Izamalu. Od kiedy przyjechaliśmy do Meksyku ni razu nie spaliśmy w miejscu, z którego bylibyśmy zadowoleni. Trochę to frustruje. Wymagania są 3. 1.Czysty pokój z łazienką, w której działa prysznic i spłuczka. 2. Zacieniony teren przed domem (nie palmami, bo kokosy lecą na łeb). 3. Zacieniony teren przed domem… bez psich kup i innych ciekawostek. Dlatego gdy wjechaliśmy do naszego hotelu byłam autentycznie wzruszona 😂😂😂.

Cenoty? Pff basen dawaj Panie!

Żółty. Całe miasto jest żółte. Nie 2 elewacje czy plac, każda ulica, którą szłam. Muszę przyznać, że przemalowanie elewacji to niezły biznesplan dla Izamalu. W sumie byliśmy na miejscu całe dwa dni i chyba pierwszy raz w życiu głównie spędziliśmy go w hotelu. Zaczyna się robić koszmarnie ciepło. Mieliśmy np. zaplanowany spacer na popołudnie, ale małej i tak było za gorąco więc zostałam z nią w basenie. Nasz hotel też był żółty. Trudno, nie mam parcia żeby odhaczyć 5 piramid i wejść do każdego kościoła. Na pewno nie takim kosztem.

Jedna z ulic. Prawie pusta, spokojna, niespieszna.

Katedra. Główna atrakcja miasta. Kim trzeba być żeby do niej nie wejść? Nami.

Kolejny dowód na spójność żółtej koncepcji.

Rok temu symbolicznie zrobiłam urodziny w lokalu kojarzącym się ze stypami. Już z widocznym balonem żegnałam się z tamtym życiem. Śmiałam się, że jestem najgrubsza z całego mego żywota. Teraz po wczasach odchudzających u braci Castro, po kilogramach nie ma śladu. Powłoki skórne nie takie same, ale niewtajemniczony nie zauważy. Jednak przeczucie miałam dobre, że tamto już nie wróci. Ostatni rok to wielkie przeżycia. Zamieniłam swoją beztroskę, w beztroskę Emi. Z dwóch żyć są trzy. Zamiast wyzwań w pracy musiałam czytać o kolorach kup i okładać się kapustą. Widziałam jak moje dziecko się obraca, raczkuje, siada czy wreszcie chodzi. I jakby to najbardziej przyziemnie nie brzmiało, było to najbardziej ekstremalne co przeżyłam do tej pory.

Share: