Na świecie mówią, że Kuba się zmienia i żeby ją zobaczyć w takim stanie trzeba się spieszyć. A na Kubie mieszkańcy twierdzą, że od lat nie zmienia się nic. Kto ma rację? Tego nie wiem. Żegnam Kubę troszkę z łezką w oku (szczęścia i smutku zarazem), którą z przyjemnością otrę jakimś smacznym meksykańskim taco!

To za czym tęsknić na pewno nie będziemy to taksówki. Mam nawet podejrzenie, że taksówkarze mają zarezerwowany kawałek piekła tylko dla siebie.

Kruszek każdego dnia przypomina nam jak dobrą decyzję podjęliśmy.

Zastanawiam się czy komuna, którą przyszło nam tutaj doświadczyć (a i tak jedynie powierzchownie) była czynnikiem uatrakcyjniącym czy jednak wrzodem. Robiąc zakupy czułam się jak w jakimś parku rozrywki. Chylę czoła w stronę naszych rodziców. W sklepie o nazwie World of Aqua nie było wody. Stare samochody to równie kreskówkowy efekt i powodujący wielkie WOW. Spodziewałam się państwa mocno policyjnego, a tymczasem nieliczni policjanci wyglądali jak z łapanki i to takiej wśród średnio sprawnych nastolatków. Samochody policyjne zamiast syren na dachu miały a la niebieskie wiadra, które za każdym razem mnie śmieszyły. Niby dzieci chodzą do szkoły w mundurkach, ale o takim kroju, że są co najmniej wulgarne. Do tego kolejki. W Banku, po kartę internetową, do apteki, do piekarni, po pączki. Jak nie ma kolejek to znaczy, że albo drogo, albo nie ma, albo paskudne. Można pomyśleć „dobra skoro jesteście głodni to można wziąć coś na wynos”. I faktycznie można, jak przyniesiesz swój talerz. Jeżeli chodzi o opakowania to dysponują serwetkami. Reklamówki widziałam tylko w stolicy. Kuba ma do zaoferowania sporo, jednak gdyby było po „naszemu” to pewnie byłoby przyjemniej. Wyjeżdżam wzbogacona o kolejne doświadczenia, dzięki którym mogę być potencjalnie ciekawszym rozmówcą. To nic, że prawdopodobnie z anemią i wstrętem do jajek 😉.

Sklep typu mordownia. Tutaj miejscowi realizują kartki na podstawowe produkty typu ryż i mąka. Najczęściej jednak na tablicy obok cen jest informacja, że czegoś nie ma.

Sklep typu najlepszy w mieście. Pełne półki to złudzenie. W rzeczywistości to kilka towarów w puszkach. Choć to jeden z lepiej zaopatrzonych marketów.

Ostatnie dni na Kubie to droga w stronę Hawany, z której to lecimy do Meksyku. Prawdę mówiąc na miejscu praktycznie każdy nas tym miastem straszy. Już w Polsce skróciliśmy w pobyt w stolicy do grzecznościowego minimum. Z tego powodu w planie uwzględniliśmy wieś Soroa, której największą atrakcją są wodospady. Na airbnb w opisie znaleźliśmy nocleg, który obok ów wodospadów znajdować miał się blisko. Zamysł był taki żeby w piżamach móc skoczyć nad wodę. Teraz już wiemy, że dla lokalesów 3.5 km to żadna odległość.
Standardowo pobyt na miejscu rozpoczęliśmy od poszukiwania wody do picia. Dużą butelkę znaleźliśmy dopiero po przejściu 4km w barze przy całkiem przyzwoitym hotelu z basenem. Niestety to, że jest tam dzisiaj nie znaczy, że będzie jutro więc każdego dnia zaczynamy od zera. Odwiedziliśmy też wodospady. Powiem tak. Jeżeli ktoś przyjechałby specjalne tylko po to żeby je zobaczyć to odjedzie smutny. Może w porze deszczowej jest lepiej. Soroa to miejscowość, którą gdy przejdziesz to nie wiesz czy już się zaczęła, a ona właśnie się skończyła. Jednak po analizie terenu udało się spędzić całkiem miłe 3 dni. Okazało się, że basen w luksusowym jak na nasze standardy hotelu jest ogólnodostępny. Oprócz tego wybraliśmy się na godzinny trek na miejscowy punkt widokowy. Michał twardo wziął wózek, który porzucił w 1/3 trasy. To już się zrobił sport. Oprócz tego na miejscu znajduje się ogród ze storczykarmi, ale to raczej atrakcja dla zabicia czasu.

Wrzucam zdjęcie gdyby ktoś potencjalnie zastanawiał się czy warto zobaczyć wodospady.

Po kąpieli. Myśleliśmy, że woda będzie za zimna, ale Ząbek wręcz do nie wbiegł. Na zdjęciu ręcznik z mojego ulubionego sklepu.

    W drodze na Mogote de Soroa.

Widoczek przy jednym z dwóch barów.

Na plus przeważa całkiem miły nocleg z ogromnym trawiastym podwórkiem gdzie Em trenowała chodzenie. Dodatkowo właścielka miała 7 miesięczną córkę i poodpowiadała trochę o rodzicielstwie na Kubie. Otóż 10 pampersów to wydatek około 20 zł dlatego używają ich wielokrotnie wypełniając gazą lub watą. Pampersy do takiego użytkowania dostają po porodzie i w trakcie wizyt lekarskich. Ubrania dziecięce kosztują mniej więcej tyle co w Polsce. Czyli za miesięczne wynagrodzenie kubańską rodzinę stać na 5 bodziaków. Z tego względu podzieliliśmy się ubrankami Emi. Znalazłam też 2 rodzaje słoiczków dla dzieci, które w 50% składały się z cukru z wodą. Miejscowa mama powiedziała nam, że przeciętne rodziny na Kubie mają jedno, góra dwójkę dzieci. Oczywiście są też takie wielodzietne, które liczą na to, że jakoś to będzie. Faktycznie przez miesiąc widzieliśmy 3 kobiety w ciąży.

Bardzo nie chciałam prowadzić Em za rączki, bo lepiej gdyby doszła do tego sama. Niestety w samolocie nie było innej opcji. Efekt jest taki, że od 2 tygodni chodzimy zgięci w pół.

W Polsce oglądaliśmy ten hotel, ale ze względu na cenę go odrzuciliśmy. Jakie było nasze z dziwienie gdy okazało się, że możemy do niego tak po prostu wejść.

Przez cały pobyt korzystaliśmy z tak zwanych casa particulares czyli mieszkaliśmy razem z lokalesami. Nie powiem ani, że to rozwiązanie wspaniałe, ani że do niczego. Generalnie jest to bardzo dobra okazja żeby poznać ludzi, posłuchać o Kubie, a przede wszystkim osłuchać się z hiszpańskim. Po miesiącu Michał przyzwoicie składa zdania, a we dwójkę rozumiemy całkiem sporo. Nie jest to hiszpański szkolny, ale pozwala nam się dogadać. Czasami powiemy o jedno „si” za dużo, ale póki co jedyne konsekwencje to pina colada, którą zamówiliśmy o tym nie wiedząc. Po drugie w Państwie gdzie ciężko coś kupić wsparcie gospodarza jest bezcenne. W szczególności z dzieckiem. Wiele razy dostawaliśmy jedzenie dla Emi, dodatkowe jajko, owoce, mięso. Ale z drugiej strony, gdy byliśmy w Vinales to karmienie wymykało się spod kontroli i tak Emi w wieku 8 miesięcy jadła pączka w czekoladzie, bo Pani jej go po prostu wcisnęła. Różny jest też poziom spoufalania i jest on zupełnie niezależny od Ciebie. Super gdy możesz zjeść w spokoju śniadanie, bo mała siedzi na rękach z nową ciocią. Ale masz też wrażenie, że nowa ciocia najchętniej wbiegła by Ci pod prysznic gdy Em płacze z powodu mydła w oku. Pani chętnie zrobi pranie i poskłada z uśmiechem na twarzy, ale też 8 razy przypomni, że ta zupa jest ZA CIEPŁA dla Twojego dziecka. Gdy siadaliśmy na otwartej werandzie do Emi przybiegały wszystkie dzieci z sąsiedztwa chcąc się bawić. Mnie rozczulało jak Em szukała kontaktu, ale pewnie rozczulało by mniej gdybym chciała siąść z piwkiem i poczytać książkę o przejeździe z większą ekipą nie wspominając.

Siedzimy przed domkiem czekając na taksówkarza, który dzień wcześniej zmienił nam godzinę wyjazdu, bo tak. Tylko po to żeby jej nie dotrzymać. Po godzinie czekała z nami właścicielka, jej syn, mąż i sąsiadka.

Em z każdą babcio-ciocią potrafiła sobie usiąść na bujanym fotelu i gugać. Gdy ja tego próbowałam przyjemność trwała jakieś 4 sekundy.

Wiaderko z wodą to niezawodna atrakcja.

Ostatnim odwiedzonym przez nas miejscem jest Hawana. Jest to miasto bardzo „nierówne”. Idąc jedną dzielnicą przecierasz oczy z zachwytu, po to by zaraz chcieć je sobie wydrapać. Zgadnijcie w jakiej części mieszkamy my.

Hawana potrafi być taka….

… i taka.

Dobrze, że zostawiliśmy sobie stolicę na koniec gdy choć trochę rozumiemy Kubę. Mimo tego potrzebowałam paru godzin żeby poczuć się swobodnie. Nie lubię miejsc gdzie nie słyszę swoich myśli. Tym trudniej jest się skupić gdy zmysły wzroku i węchu szaleją. Oczywiście starówka wraz z Kapitolem i wszelkimi monumentalnymi budynkami są piękne szczególnie gdy dopełniają je absolutnie dopieszczone samochody. Jest dużo więcej towaru, można kupić zegarek każdej marki czy nowy aparat, długopis, kłódkę albo pięciolitrowy jogurt. Sklepy są większe, ale może jest sześć dodatkowych składników spożywczych niż wszędzie. Do tego są chronione jak forteca. Przed wejściem należy zostawić torby i plecaki, zakupy podaje ekspedientka, a na koniec wychodzi się innymi drzwiami, przy których ochroniarz sprawdza paragon. Dalej problemy z wodą czy jogurtem naturalnym. Myślę, że schudliśmy z Michałem w sumie jakieś 6 kg. Nie ma też co ukrywać, że miasto z dzieckiem w upał to ciężka sprawa. Em nie wystarcza zwykłe łażenie za rączkę. Chce podnieść każdy papierek czy petek leżący na ulicy. Do tego dochodzą wychodzące jej zęby i mogę z ręką na sercu przyznać, że jeden z tych trzech dni w Hawanie był najgorszym dniem na Kubie. Jednak jest coś dzięki czemu nie żałuję pobytu w tym mieście. MUZYKA. A konkretnie jeden zespół przygrywający nam do obiadu. Symfonia instrumentów perkusyjnych połączona z głębokimi barwami głosów. A do tego te ruchy. Mają to we krwi. Naprawdę mogłabym tam siedzieć, słuchać i patrzyć na nich 12 godzin. A najlepiej cały pobyt.

Połączenie pasji i talentu.

Boso przez świat.

Samochody stoją jak lakiery do paznokci na półkach. Żałuję, że kolejnego Opla zamówiliśmy srebrnego.

Piękne budynki. Zwróćcie uwagę jak mały jest ruch. Tylko to pozwala pieszemu przeżyć. Poza stolicą pasów nie widzieliśmy. Nie żeby te pasy były jakoś respektowane.

Wnętrze naszego mieszkania w dzielnicy biedy. Bardzo przestronne, wysokie na 4 metry. Właścielką była Włoszka więc znaleźliśmy wiele elementów z Ikei.

Jemy najlepsze dotychczas śniadanie w szwajcarskiej knajpie. „Tęsknisz za domem?” – zapytałam Michała. „Nie” – odpowiedział szybko. „Tęsknię za centrum handlowym, mmm takie Forum” – dodał rozmarzony.

Share: