Kuba jest głośna. Dotyczy to nie tylko ruchu na ulicy czy muzyki. Ludzie ze sobą rozmawiają. Obcy sobie. Pod tym względem podróż lokalnym busem, a turystycznym to przepaść. Gdyby nie fakt, że bez przerwy mówię do Emilii milczałabym i ja. A szkoda.

Po Trinidadzie czekała nas prawie 4h przeprawa do wsi Playa Larga słynącej jak nazwa wskazuje z plaży.

Tym razem zrobiłam zdjęcie naszej bici taxi. Nauczeni doświadczeniem od razu bierzemy taksówkę nawet jeżeli nocleg oddalony jest o kilometr. W 30 stopniach plecaki są dużo cięższe.

Playa Larga. Na zdjęciach wygląda korzystniej niż w rzeczywistości. Z tego też względu jest pusta, wszyscy siedzą na mniejszej po drugiej stronie wioski.

A to jest najlepsza restauracja w mieście. Popołudniu w garażu rozkładane są stoliki i rozpoczyna się grillowanie. Jednak po posiłku właściele robią miejsce na samochód. Jak pisałam auto tutaj to prawdziwy skarb.

 

 

Na miejscu po chwilowym zachwycie wsią spokojną i wesołą przyszedł kryzys. Przede wszystkim zaczyna nam doskwierać monotonność żywieniowa. Pal sześć te śniadania, ale obiady…ech. Kolacje praktycznie nie istnieją, bo musielibyśmy zjeść drugi raz obiad, a na to już nikt nie na ochoty.  Wieczorem zazwyczaj łapie nas wilczy głód, a kupić czegoś na wieczór w sklepie nie sposób. Dodatkowo Emilia je więcej niż zabraliśmy z Polski więc musimy kalkulować pod nią pory obiadów tak, by jeść wspólnie posiłki. Szkoda, że posłuchałam Pani dobra rada na fejsbooku i wzięłam Emilii jedzenie z Polski na styk bez zapasu. Z autorką rady chętnie spotkałabym się w 4 oczy żeby się podzielić tym co myślę. Z drugiej strony z głowy mam planowanie co i kiedy wprowadzać do jej jadłospisu, bo po prostu je to co jest. Michał stara się jak może, ale widzę, że płacze do poduszki na kolejny dzień na kocu. Z tego względu wybraliśmy się na najbliższą atrakcję. Marny stosunek ceny do jakości, ale zmienił się krajobraz i nasze morale wzrosły.

Przyjemniaczki na farmie krokodyli. Podczas pobytu nie widziałam żeby któryś się ruszył. Byliśmy dość krótko, bo nie wiedzieć czemu chodził za nami muł taksówkarz, który przywiózł nas na miejsce. Chyba chciał dorobić jako przewodnik.

Miejsce, w którym rozpoczyna się podróż speed boatem.

Na miejscu spotkaliśmy parkę Niemców, która podróżuje z 8 miesięcznym Sashą. Poklepaliśmy się trochę po plecach, wymieniliśmy doświadczeniami. Fajnie tak. Popołudniu poszliśmy na plażę i Em zrobiła pierwsze 5 SAMODZIELNYCH kroków, których oczywiście nie widziałam. Generalnie mała trzyma się mnie strasznie. Żeby chwilę sapnąć muszę się tracić z pola widzenia i to był właśnie ten moment. To mam za swoje.

Choć nas plaża już mierzi, to z brzydzącego się piasku Kruszka wyrósł plażowy harpagan, który spieprza z koca prosto do morza. Jednak dorosła część wycieczki cieszy się, że kolejne dni przyjdzie nam spędzić w otoczeniu gór.

Do Vinales zdecydowaliśmy się pojechać prywatną taksówką. Bagatela 5 godzin. Chcieliśmy mieć pewność, że Pan zatrzyma się zawsze gdy Ząbek będzie tego potrzebował. Na pierwszym odcinku do Hawany mieliśmy przerwę 5 razy i to nie z powodu Emi. To Pan musiał się napić kawusi, później kanapeczkę, a tu siku, a tam znajomki, aż wreszcie okazało sie, że w połowie trasy zmieniamy samochód. Znaliśmy tę praktykę więc przed wyjazdem zapewniono nas, że nasza podróż jest bezpośrednia. Także zapewnili, a i tak zmienili. Welcome to Cuba.

Zdjęcia z Vinales oglądane jeszcze w Polsce wryły się w pamięć bardzo dobrze. Nie ukrywam, że to miejsce to dla mnie punkt kulminacyjny. I w zasadzie jak tylko dojechaliśmy i poszliśmy zjeść to naszym oczom ukazały się widoki, po które przyjechaliśmy. W przeciwieństwie do poprzednich miejscówek jest tutaj parę opcji żeby spędzić czas. Pierwszy pełny dzień został poprzedzony całonocnym deszczem. I choć chmury gęsto wisiały nad nami zdecydowaliśmy się wykorzystać taką pogodę na dłuższą przechadzkę. Zdani na nawigację GPS ruszyliśmy w stronę muralu, tylko że drogą na około. Trochę ścieżkami dla koni, trochę po polach, nie raz przez zasieki z drutu kolczastego, ale coraz bliżej celu. Tutaj jednak droga była atrakcją samą w sobie. Wózek wzięliśmy głównie po to żeby Michał mógł go sobie popchać brodząc po kostki w błocie. Ja spokojnie nosiłam sobie Emsona na plecach. Jak się okazuje to jest jej ulubiony sposób na przemieszczanie. Gdy tylko doszliśmy do muralu lunęło tak mocno, że nie było nic widać na 10 metrów przed sobą. Fuks jak zwykle.

Jak w bajce. Zdjęcie pozowane. Normalnie w restauracji czy kawiarni jeden odpoczywa drugi biega z Emi.

Kulminacyjny moment błotka. Nie można nam odmówić, że bardzo chcieliśmy przejść tę trasę.

Jednak połowa drogi była w miarę normalna i dawała dużo przyjemności. Pragnę zwrócić uwagę na moje profesjonalne obuwie. Złote sandałki od mamci.

Można zawiesić oko.

Rzeczony mural. Moim zdaniem jakieś 3/10.

W tyle kompleksu znalazłam nieużywaną wysoką ladę baru, na której to Emilii zrobiłam ” wybieg”. Okazało się, że pod nią drzemkę robił sobie na oko 60 letni Pan. Gdy się przebudził ucięliśmy sobie pogawędkę i od słowa do słowa nawiązała się więź. Okazała się bezcenna gdy deszcz nie odpuszczał a powoli chcieliśmy się zbierać do domu. Pan skołował nam podwózkę u kelnera, który zawiózł nas do naszej casy.

Następnego dnia mieliśmy zaplanowany najsławniejszy punkt widokowy przy hotelu.. . Zachęceni wczorajszymi przygodami chcieliśmy iść alternatywną drogą do głównej. Przy każdej możliwej okazji odbijaliśmy od asfaltu, niestety tym razem bez sukcesu. Na każdej odnodze porażka, Michał musiałby wózek nieść na plecach. Trudno się mówi. Na szczęście było to niecałe 5 km więc w godzinkę byliśmy u celu. Widok rzeczywiście zapierał dech w piersiach. Hotel, do którego dotarliśmy przypominał mi klimatem Gołębiewskiego w Wiśle więc po wypiciu triumfalnego mojito udaliśmy się do wypatrzonej wcześniej knajpki. To co tutaj zobaczyliśmy przeszło nasze oczekiwania. A do tego spokój cisza. Oprócz tego kury niespiesznie dziobały resztki jedzenia a Emilia piała z zachwytu patrząc na nie. Po chwili dołączyła do nas parka Holendrów z 13 miesięcznym synem przez co stworzyliśmy bawialnie maluchów z najpiękniejszym widokiem w promieniu wielu kilometrów.

Rodzina w komplecie.

Widok z Balcon del Valle.

Wieczorem postanowiliśmy wyjść na kolację z Ems uśpioną „na noc” w wózeczku. W końcu mogłam zrobić pożytek z moskitier i 17 koców, które wzięliśmy ze sobą. Pani Starsza, u której śpimy zaproponowała żeby zostawić Em pod jej okiem, ale tak wyluzowani nie jesteśmy. W trójkę pomykaliśmy zamkniętą na noc od ruchu samochodowego ulicą. Kolory, muzyka, klimat. Cudownie było zjeść w takich okolicznościach jednakże standardowo nijakie jedzenie.

Na ostatni dzień mieliśmy zaplanowaną wycieczkę na plantację tytoniu. Jakież było nasze zdziwienie gdy przewodnik zaczął do nas mówić po angielsku dzięki czemu mogę podzielić się kilkoma ciekawostkami. Po pierwsze cała platancja należy do obszaru parku narodowego przez co zarówno uprawa jak i zbiory są ręczną robotą. Z jednej roślinki robione są 3 rodzaje cygar gdyż naświetlenie liści przez słońce wpływa na moc cygara. Górne liście będą najmocniejsze. Po kilku miesiącach suszenia liście trafiają do skrzynek, w której nabierają aromatu miodu, limonki i innych sekretnych składków. Po pół roku są aksamitne jak jedwab i idealnie nadają się do rolowania. Jeszcze tylko usuwa się środkowe łyko, w którym koncentruje się nikotyna i gotowe. Zdrowe, ekologiczne cygarko, którym lekarz Che Guevara wspomagał leczenie astmy 🤯. Sporą paczkę cygar średniej mocy zakupiliśmy jako prezenty na resztę zapraszamy do nas. Choć mieszkanie świeżo malowane kubański dym mu nie zaszkodzi. Żeby dodać łyżkę dziegciu powiem, że gospodarze sprzedają jedynie 10% swoich zbiorów. 90% procent muszą oddać państwu…

Cykl życia tytoniu na jednym zdjęciu.

Suszarnia tytoniu. Znajdowaliśmy się w części z najmocniejszymi liśćmi.

Zdjęcie jak z planu filmowego. Wszystko się zgadza.

Na koniec taki obrazek. Gdy tylko podjechał lokalny autobus mimo, że był pełen po dach Kubańczycy pomogli nam się zorganizować. „Proszę złożyć wózek”, „kierowco otwórz tylnie drzwi”, „proszę tutaj usiąść”, „zapraszamy tu jest miejsce” informowali kolejno mieszkańcy. A podczas podróży trwającej 10 minut Emilię zabawiało 5 osób, każda w różnym wieku. A jedyna stojąca obok mnie turystka… hmm nawet na nas nie spojrzała wręcz odwracając głowę. I pozostawiam z tym siebie i Was.

Share: