Przygoda na Kubie trwa w najlepsze, a „ona nic z tego nie zapamięta”. Ej! Ale nam nikt magicznie nie zastopował zegara. Ja zapamiętam i Michał też. Z tym wspominaniem to też ciekawa sprawa. Pamiętacie wycieczki szkolne? Plan dnia? Miasta chociaż? Widoki, atrakcje? Ja słabo. Wszelkie wyjazdy tak od 18 roku życia mniej więcej. Choć nie wiem czy to nie kwestia kadrów Michała. Obawiam się, że w wieku 18 lat Emi nie pojedzie z nami już nigdzie. Ściana.

Po krótkiej aklimatyzacji w Varadero ruszamy w wyspę. Tym razem nie klasycznie, koszt wypożyczenia samochodu nas przerósł bagatela 7000 zł. Wynika to z tego, że kupienie używanego auta graniczy z cudem, nowy to wydatek zaporowy. Pierwszą część trasy przemierzamy busami turystycznymi, a później niestety musimy skorzystać z usług prywatnych taksówek. Choć pewnie 90% turystów robi taką samą pętlę to nagle tanie rozwiązanie się kończy i trzeba kombinować wybierajac taxi privado albo colectivo.

Czekamy na busa. Emilia regeneruje siły żeby przejąć autobus, a Michał się boi.

Czytaliśmy przed wyjazdem, że Varadero jest koszmarnym turystycznym miejscem i totalnie się z tym nie zgadzamy. Nastawialiśmy się jednak, że poza tym miastem czar pryśnie, a tymczasem jest coraz lepiej. Cienfuegos to pierwsza na tapecie miejscowość. Opinie znów niezbyt pochlebne, ale jest w drodze do Trinidadu, do którego podróż trwa 6h. Pomimo rozłożenia trasy na raty i tak była straszna orka w busie i umęczylismy się bardziej niż w samolocie. Nie różowo, oj nie. Dlatego kolejny dzień spędziliśmy bardzo leniwie na cypelku na grach i zabawach w bam bam, bu bu i a ku ku.

Na zdjęciu wygląda jakby Emi się śmiała. Nic bardziej mylnego. Moja mina mówi wszystko.

Po opanowaniu kryzysu ruszamy. Główna droga na cypel. Moim zdaniem karaibski klimat na maxa.

Zamówiliśmy u kelnera jedzenie żeby zjeść je na kocu. Przynieśli potrawy razem ze stołem 😁.

Ponieważ ukrop dał się nam we znaki ze względu na Emilię miasto zwiedzaliśmy osobno. W samym centrum było widać turystów, były stragany i sklepy. Czemu o tym piszę? Bo to serio nie oczywiste. Jesteśmy tu 4 dni i powoli się dowiadujemy gdzie można kupić pastę do zębów i skąd gospodarz ma dla nas owoce. Widziałam też słodycze – z 4 rodzaje. Do mięsnych w postaci wiszących zwierząt jestem przyzwyczajona, ale nie tutaj taki rarytas. Mięsny to Pani siedząca na ławce z surowymi kotletami w reklamówce. Na drugim kolanku przewieszone plastikowe siatki i handel trwa w najlepsze w 30 stopniach. Oszukuje się, że mój dzisiejszy obiad był z innego miejsca 😉.

Bardzo lubię to zdjęcie. Powód jest prozaiczny. Kolor samochodu idealnie pasuje do elewacji.

Napotkany pojazd podczas samotnego spaceru. Bez dziecka była chwilka żeby na spokojnie przyjrzeć się koło czego się przechodzi.

Przykładowa elewacja z tych nie przy głównej ulicy. Ja tam jestem na tak.

Choć my traktujemy to w kategorii atrakcji, życie lokalesów na Kubie nie rozpieszcza. Gdy odpoczywaliśmy w cieniu przysiadł się do nas 60 letni mężczyzna. Dosłownie pluł na komunistów. Prosił żeby wysłać mu paczkę, a w niej klapki… Jego miesięczna pensja odpowiadała cenie dobrych butów dla dzieci. Poopowiadał nam trochę o sobie i życiu na Kubie. Zapisaliśmy jego adres. Może jakaś zrzutka na paczkę dla ów Pana?

Mimo, że Kubańczycy są w patowej sytuacji są szczęśliwi. Mają nawet swoje powiedzonko pasujące to ich sytuacji, ale nie „tłumaczalne”.

Pobyt w Trinidadzie rozpoczęliśmy od przejazdu taksówką – nie byle jaką. Okazało się, że wzmacniaczem był Pan z rowerem. Zaimponował mi nie tylko tym, że był w stanie zapakować wszystkie nasze bagaże na rowerowy wózek, ale przede wszystkim tym, że ruszył z miejsca, zaiste, stalowe łydki. I wydaje mi się, że pierwszy raz miał pasażera w foteliku samochodowym. Aż żałuję, że nie mam zdjęcia. Trinidad to miejsce, w którym trochę pomieszkamy. Rewelacyjnie, że trafił nam się tutaj najlepszy dotychczas nocleg. Czyściutko, patio, miejsce gdzie można zrobić pranie. Generalnie widać, że właściciele są z tych obrotnych i niestety należą do mniejszości. Jeden z ich synów kończy medycynę i będzie mógł po niej liczyć na wynagrodzenie w wysokości 200 zł miesięcznie. Tyle kasowała mnie ginekolog za 10 minutową wizytę. Gdy zajrzy się do mieszkań przeciętnego Kubańczyka to bieda aż piszczy. W sklepie spożywczym, który jest taki tylko z nazwy królują napoje. Byłam świadkiem smutnej sceny gdy mama kupowała cukierki swojemu dzieck u- na sztuki. A pewnie fakt, że ją na te słodycze stać jest czymś wyjątkowym. My bezskutecznie polujemy na kubańskie piwo – Cristal – dostępne u gospodarzy. Tutejszy właściciel powiedział nam, że ma dużo kontaktów i jak wrzucą gdzieś asortyment to dostaje cynk i rusza np. do stolicy. Wyobrażam sobie nas jeżdżących po Tyskie do Warszawy. W związku z tym, że nie ma tu nic, to wszystko jest zrobione z niczego. Poniżej kilka przykładów.

Opis zbędny.

Takich hamburgerów jak na Kubie gwarantuje nie zjecie nigdzie. Bułka to raz dwie bułeczki, raz chleb tostowy. Co tam mają to dają.

Śniadanie królów dnia pierwszego zamieniło się w monotonny koszmar. 4 owoce, a z nich soki i marmolady. Ale przestaliśmy narzekać jak właściciel z dumą opowiadał o swojej platancji.

Samo miasto jest cudowne. Kolonialne, kolorowe budynki w lepszym i gorszym stanie. Ale tu jak we Włoszech słońce nadrabia braki w elewacjach. Osobiście cenię sobie fasady nadgryzione zębem czasu.

Plac Główny. Cudny.

Spacer po ulicach jakich wiele. Są nawet chodniki. Nie najgorsze. W pozostałych momentach wielbimy nasz wózek.

Nie lubię psów. Chyba, że metalowe, na których dziecko może usiąść dając wytchnienie plecom matki.

Trzeba jednak pamiętać, że nie jesteśmy w Unii Europejskiej gdzie panuje moda na segregację śmieci. Jeżeli ktoś chciałby jeść z podłogi to może mieć kłopot, ale w moim odczuciu to jedne z czystszych miejsc jakie przyszło nam odwiedzić. W internecie naczytaliśmy się, że jest tutaj syf mówiąc najdosadniej. Ja się z tym nie zgadzam, ale to kwestia punktu odniesienia. Wydaje mi się, że warto pytać osoby opisującej gdzie według niej jest czyściej gdzie brudnej. Bo dla mnie najbrudniejsze Maroko będzie pewnie rajem dla kogoś kto był w Indiach. Subiektywne to wszystko, więc warto zawsze rozwinąć dyskusję.

Początkowo oburzona zaczęłam obserwować tę kupę śmieci. Okazało się, że codziennie Ursus wraz z naczepą przyjeżdża i zabiera odpady. Taki kontener bez kontenera.

Okolica obfituje w wycieczki fakultatywne. Ale ich ceny zaczynające się od 200 zł plus upał skutecznie nas odstraszają. Założyliśmy sobie, że robimy wszystko trochę wolniej. Nie da się samodzielnie zwiedzać na maxa 3 miesiące i się nie pozabijać, a co dopiero z dzieckiem. Doceniam to, że sobie po prostu tu mieszkamy. Dzięki temu, że jesteśmy tu dłużej możemy nawiązać jakieś relacje i tak Emi zyskała dwie zapatrzone w nią ciocie. Gdy tylko ktoś wyraża chęć na zabawy z Emi chętnie na to pozwalamy. W trakcie podróży Miś zdany jest tylko na nasze gęby, a chciałabym żeby widziała, że na świecie istnieją też inne osobniki 😉.

Emi otwiera czasami zamknięte drzwi. Tutaj z nową ciotką klotką.

W trakcie pobytu wybraliśmy się na okoliczną plażę – bardzo kameralna. To był najlepszy dzień Emilii w jej życiu, uśmiech nie schodził jej z twarzy. Nam przy okazji też.

Zaszki się bawio.

Wracając do wyraźnych wspomnień z dzieciństwa. Gdybyście zapytali mnie o emocje, czy mi się podobało, czy się bałam, czy byłam szczęśliwa poszłoby mi dużo prościej. Odczucia. I wierzę, że to Emilia zapamięta i w przyszłości nie będzie umiała wskazać czy spędzała czas z uśmiechniętymi rodzicami w wieku 7 lat czy 14 tylko powie, że tak było zawsze. A budowle, wodospady, plaże… powtórzy sobie sama jak będzie mieć ochotę.

Brudna i szczęśliwa.

Share: