Brodząc po kostki w morzu karaibskim z Em uśpioną w nosidle, wróciłam myślami do pytania zadanego mi jeszcze w Polsce -„Jak się czujesz przed przygodą swojego życia?” Bez zastanowienia odpowiedziałam -„Przygoda mojego życia to się zaczęła w maju w zeszłym roku, a jeżeli pytasz o wyjazd to bardzo się na niego cieszę.”

Chcieliśmy wyjechać z Michałem dawno, ale wydawało nam się to trudne. Jak ja w pracy powiem, że chce urlop na tak długo? Wyczyścimy się z oszczędności? I tak sami? Chyba jesteśmy zbyt ustabilizowani, żeby rzucić wszystko i jechać. Potem zaszłam w ciążę, więc było to niemożliwe. Coś tam jeździliśmy, ale byłam zbyt obła i zgorzkniała na dłuższe wycieczki. Mieliśmy co prawda w głowie plan na dluższy pobyt w Stanach, ale czym bliżej, tym wydawało się to mniej realne. A po narodzinach Emi jakby oblali nas wiadrem zimnej wody. ŁATWIEJ już było. I nagle zdałam sobie sprawę, że poprzednie 12 godzinne loty, które odbierałam jako mordęgę teraz byłyby niezłym relaksem – tyle godzin siedzenia z podanym jedzeniem, piciem i filmami.. Jak ja śmiałam narzekać? Autentycznie zaczęłam żałować, że czegoś nie zrobiłam. Pierwszy raz w życiu. I już tak nie chce.

Nasz wyjazd bynajmniej nie jest moim aktem heroizmu. Zwyczajnie potrzebowałam pomocy Michaszka w opiece nad Kruszkiem. Przerosła mnie monotonność dnia codziennego. Na 3 miesiące urlopu w Gliwicach nie byłby skłonny się skusić. Co innego Ameryki. No to zagrałam tak żeby ugrać.

Po wielu wieczorach skrzętnych przygotowań czas ruszać. Podróż na Kubę składała się z następujących odcinków. Gliwice-Katowice-Praga-Frankfurt-Varadero. Na najłatwiejszy pierwszy odcinek przyszedł z pomocą Tateł. Swoją drogą to jest ciekawe, że dziadkowie już oficjalnie żegnają się głównie z Emi, my przy okazji 😉.

Gotowi do akcji. Rodzina i ich manele.

Z Katowic do Pragi ruszyliśmy pociągiem. Oczywiście wagonu z naszymi miejscówkami nie podstawiono, ale Zachary zawsze lądują na 4 łapy i dostaliśmy pusty przedział w zamian. Także bułka z masłem. Najchętniej pojechałabym pociągiem na Kubę. Dzień zakończyliśmy pijąc czapowane piwko i zagryzając smażonym serem. Postanowiliśmy nie ruszać się nigdzie tylko zbierać siły na dzień zero.

Em delektuje się widokiem jakieś 5 sekund.

Pobudka o 4. Przed nami bagatela 18h w drodze. Mało i dużo. Pierwszy 1,5 godzinny lot idealnie zgrał się z drzemką Em więc bez niespodzianek. Nim się zorientowaliśmy wybiła 11 i zaczęliśmy się pakować do drugiego samolotu. Jak mantrę w głowie powtarzałam sobie „to tylko 11 godzin, codziennie tyle siedzisz z Emi sama, masz Michała”. I mogłam sobie te złote myśli w dupę wsadzić bowiem okazało się, że choć w całym samolocie Emilia boi się jedynie dwóch osób, to ta JEDNA siedzi obok niej. Chwilowy kryzys został jednak zażegnany i z tego miejsca chce podziękować Pani Niemce, która nie zważając na  kręcz szyji odwracała głowę gdy tylko Em na nią spoglądała 😉. Zresztą byłabym niepoważna żeby narzekać. W samolocie było mi dane poznać kobietę ze stali, idolkę. Pani Kubanka leciała z dzieckiem w wieku Emi i drugim dzieckiem lat 3. Kompletnie SAMA. I uśmiech jej nie schodził z ust – cyborg. Więc gdy tylko brakowało sił myślałam o niej. Poza tym nowy Airbus ma pod pokładem z 6 toalet poprzedzonych słusznych rozmiarów pokoikiem, w którym to kitrały się stewardesy i my z Emilią. A przede wszystkim lecieliśmy na wakacje, nie na ścięcie i nie jesteśmy w temacie lotów pionierami.

Miśki śpią. Tacy są kochani najbardziej.

Stanęliśmy na kubańskiej ziemi z  kompletem bagaży (jak zwykle tłumacząc się ze sprzętu Michała) i czekał na nas on – Pan taksówkarz z pięknym starym Chevroletem. Oprócz tego, że był wizytówką kraju, w którym przyjdzie nam spędzić miesiąc to jeszcze miał odpowiednio duży bagażnik na nasze manele. O 19.00 lokalnego czasu, czyli 1.00 polskiego położyliśmy się spać. I choć podroż w dzień oznaczała, że Emilia cały czas była aktywna to przestawienie o 6h poszło prościej niż się spodziewaliśmy. A to tego, a nie samolotu bałam się najbardziej. Tyle się gada – RUTYNA dla dziecka to świętość – sraty pierdaty. Jeden dzień i zapomniała. Tu ma nową rutynę.

Wzięłam ze sobą 3 koszulki byle Em miała pontonik. Na szczęście dał jej radość. Choć nie wiem kto miał większą zabawę 😉.

Pierwsze trzy dni spędziliśmy w Santa Marta i Varadero przemieszczając się raz to rowerami, raz to lokalnym busem. Z pewnością przyjdzie mi zmienić zdanie co do nowej rzeczywistości, ale póki co zbieramy szczęki-  bardzo pozytywna podróż w czasie. Jesteśmy w najbardziej turystycznym mieście, a kupienie 1.5l wody jest dla nas wyzwaniem. Pierwszy napotkany sklep oferował nam olej, dużo oleju i konserwy. Widzieliśmy też sklepy z rumem, cygarami, petkami – pewnie w przeszłości byłby to jedyny nam potrzebny. Ba, Michał był też w jednej drogerii, ale tak się złożyło, że nie znalazł tam czego szukał. Nigdzie nie widzieliśmy słodyczy, co akurat dobrze nam zrobi.

Spacer po Varadero. Cały czas tak to wyglądało. Porządek, kolorowe domki, szeroka jezdnia.

Choćbyś nie wiem jak nie był fanem motoryzacji to nie da się nie oglądać za tymi brykami. Dopełniają obraz.

Każde miejsce wymaga czasu żeby go się nauczyć. Bez dziecka pewnie byłoby szybciej się odnaleźć. Teraz jednak szkoda nam czasu na bieganie po sklepach i szukania opcji/okazji. Dlat

ego głównie korzystamy ze wsparcia gospodarzy, u których śpimy. Karmią nas śniadaniami, z których co nieco skubnie też Kruszek. Ich lodówki zawsze wypełnione są napojami, piwkami i wodą. Wygodną opcją jest też zamawianie obiado-kolacji. Wieczorem i tak jesteśmy w domu, jest smacznie, kompleksowo. Takie all excuse me. Do tego kolejki. Do wszystkiego. Obsługujący bardzo mili, tylko wolni. Nie mają towaru, ale mają czas 😉 . Samo Varadero to bardzo przyjemna mieścina z plażą ciągnąca się przez prawie 30 km. W każdym miejscu miasta można zejść na nią i zażyć kąpieli w przyjemnie chłodnym morzu.

Takie tam wejście na plażę. Dla tego widoku warto w samolocie/busie/aucie zacisnąć zęby.

Michaszke odgrywa rolę trzymaka dla Em. Ale coś nam się wydaje, że jeszcze na Kubie Emson zrobi pierwszy krok.

Kuba zdecydowanie powoduje u mnie natłok myśli. Dużo się naczytalismy internetów przed  wyjazdem i później pozwolę sobie na komentarz. Także do usłyszenia. Hasta luego.

Ps. Chcę uspokoić. Emilia nie tylko się uśmiecha. W domu darła się przy ubieraniu. Tutaj też się drze, ale raz, bo warstw ubrań mniej 😂.

Share: