Gdy wszystkie ciuchy brudne, a Emilia „pachnie” paprykarzem szczecińskim to znak, że pora ruszać do domu. Żegnamy Jordanię z uśmiechem i pewnością, że to był dobrze wykorzystany czas. Bogatsi o nowe doświadczenia, przeżycia. Teraz będzie chwila żeby sobie poukładać doznania w głowie, bo osobiście dostałam dobrą lekcję tolerancji.

Najlepiej gdy podczas wyjazdu atrakcyjność odwiedzanych punktów wzrasta. Szczególnie gdy podróżuje się z Michałem, który nieustająco gra w grę: wymień top trzy atrakcje na miejscu, w życiu, w tym roku (kto był z nami na wakacjach ten wie, kto nie był tego zapraszamy) ;).  I choć kraj mówiąc skromnie nie powala to sztandarowe atrakcje były dla nas spektakularne. Jednak przez cały pobyt była jedna stała – ludzie. Nie potrafię zliczyć jak wiele osób pozytywnie reagowało na nas głównie za sprawą Emi. Widać, że są to ludzie rodzinni, bo absolutnie każdy potrafił Emilię skutecznie zabawić, nie raz lepiej od nas. Choć głównie spotykaliśmy mężczyzn, to chętnie brali małą na ręce, łaskotali i wygłupiali się przed nią. W obozie gdzie mieliśmy wspólne kolacje, obsługa na przykład proponowała Michałowi, który bawił Emi (ja w spokoju jadłam), że odłożą mu jedzenie ze szwedzkiego stołu. Nie raz spotkałam się z oceniającym spojrzeniem ludzi podróżując z dzieckiem, ale nie tutaj. Mało tego, wygląda na to, że lubią Polaków, a to już totalną rzadkość. Po przygodach w Maroko czy Malezji byłam pełna uprzedzeń. A tutaj gdyby nie fakt, że muezzin usilnie budził mnie nawoływaniem do modlitwy z wieży meczetu o 5 rano nie poczułabym, że jestem w muzułmańskim kraju. Gdy się pakowałam wzięłam ze sobą chustkę na głowę żeby oszczędzić sobie wulgarnych spojrzeń jak to dotychczas miało miejsce. A w Jordanii ani razu nie czułam dyskomfortu, żaden mężczyzna nie gardził mną wzrokiem. Za to wyróżniali się poczuciem humoru i niezłą stylówką, która nie raz nie dwa powodowała ciarki 😉. I nikt nas nie oszukał. Żodyn.

Śnieżnobiały uśmiech to ich wizytówka. Zdziwiona mina Emi jest wynikiem intensywnego ciągnięcia Pana za brodę, która to nie chciała odpaść, czego niestety nie udało mi się uchwycić.

 

Teraz na tym zdjęciu widzę jakimi jesteśmy dużymi ludźmi :).

Ostatnim miejscem w naszej krótkiej wycieczce była pustynia Wadi Rum. Mieliśmy zarezerwowany nocleg na obrzeżu pustyni i zaplanowaną wycieczkę jeepem. Po przebojach z poprzednimi hotelami spodziewaliśmy się najgorszego. Po dotarciu na miejsce musieliśmy odszczekać. Trafiliśmy do beduińskiego kompleksu all inclusive 😂. Schludny, zadbany i CZYSTY ośrodek ze wspólną salono-jadalnią, w której serwowali najlepsze dotychczas jedzenie. Nie przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy początkowo o wszystko dopytywaliśmy, czy możemy to czy tamto. Dostaliśmy jedną odpowiedź „czujcie się jak w domu”.

Na parkingu przed obozem. Emi zdaje się jarać otoczeniem.

I minął nam jeden dzień na totalnym relaksie w oczekiwaniu na główny punkt programu – 3 godzinną przejażdżkę po pustyni. Mając na uwadze, że Emsoniada może potrzebować większej ilości postojów zdecydowaliśmy się wynająć samochód tylko dla naszej trójki. Kierowca też jechał dużo wolniej niż mijane na pustyni samochody. Widoki były zachwycające, a Em kolejny raz zaskoczyła nas swoją elastycznością.

Miś w swoim świecie.

 

Wspaniałek na wydmie. Zakochałam się w tym zdjęciu.

 

Wydma z oddali.

 

Wycieczka 10/10. Szczęście przeokrutne.

 

Zmieniający się krajobraz.

 

Beduińskie kosmetyki. Roślina, która po zmiażdżeniu pomiędzy kamykami dzięki odrobinie wody pieni się jak mydło.

Po pustyni mieliśmy zaplanowany cały dzień na powrót do Madaby. I zamiast jechać prosto do celu dołożyliśmy wątpliwej jakości atrakcję w postaci zamku Al-Karak. Szukając punktów do odwiedzenia w Jordanii wybór jest dość słaby. Tym bardziej dziwi fakt, że mając zamek, który mógłby być mega atrakcją nie chcą pokazać się z jak najlepszej strony. Na dziedzińcu, w otoczeniu wejścia standardowo walały się śmieci. Nasza irytacja wzrosła gdyż pozornie bliska atrakcja spowodowała, że cały dzień spędziliśmy w aucie. Aplikacja Maps.me kolejny raz przeliczyła czas trasy w sposób znany tylko sobie, przez co podjęliśmy złą decyzję dotyczącą powrotu. Na szczęście tym razem na miejscu hotel oprócz luksusu w postaci ciepłej wody miał nam do zaoferowania restaurację z panoramą na całe miasto.

Widok z zamku Al Karak. Polska zamkami stoi więc na sama budowla nie robi wrażenia.

 

Smaczek wewnątrz zamku. Krzesła mają ciężkie życie w Jordanii. Połamańce leżą porzucone w każdym możliwym zakątku. Może to ich jakaś tradycja narodowa.

 

Em próbuje swoich sił za kierownicą.

 

Jordania oprócz widoków, zderzenia z odmienną kulturą i ludźmi pokazała mi coś o wiele cenniejszego. Córeczko, choć jesteś jeszcze malutka to wiem, że jest w Tobie wielki człowiek. Zazdroszczę Ci otwartości, ciekawości świata, energii i wiem, że dużo się jeszcze od Ciebie nauczę. Wracam do domu z poczuciem, że podróż z dzieckiem niczego mi nie zabrała tylko dała i to tylko Twoja zasługa.

Wszystko takie piękne.

 

Ku naszemu zdziwieniu Em patrząc za okno wydobyła z siebie słowo „ato”. Ponieważ powtórzyła to z 7 razy zgodnie uznaliśmy, że chodziło jej o auto. Nie od dziś wiadomo, że Emson jest wybitny i rozwija się wyjątkowo szybko – jak każde dziecko dla rodziców ;).

Moja ulubiona zabawa w aucie – w spanie.

 

W pełni zadowolony Jadzik.

Share: