Planowanie zwiedzania kilku miejsc jest jak wrzucanie kulek do worka po to by z niego losować na miejscu. Niesie to ze sobą ryzyko wyciągnięcia czarnej kulki, jak Madaba, ale dzięki dobremu przygotowaniu większość to te białe. Petra to z pewnością perła i to błyszcząca z całą mocą.

Nic pisać nie trzeba, jak jest każdy widzi.

Petra, czyli obowiązkowy punkt w Jordanii. Takie miejsca zawsze oznaczają masę turystów i zazwyczaj ma to też zalety. Niebotyczna opłata za wstęp i ilość odwiedzających turystów pozwoliła rozpalić wyobraźnię. Dużo hajsu = zadbane miasteczko = europejska infrastuktura. Ha! Oj Jadziu jaka ty głupiutka.

Nasz hotel w głowach jawił się jako szczyt luksusu. I pewnie tak było, ale w latach 90. Zdjęcia na Bookingu są tak oszukane, że robią nas jak dzieci. Jednego nie jestem w stanie zrozumieć. Jak można w każdym pokoju powiesić po 3 pary zasłon, a w korytarzu zasłonić okna na stałe żeby tylko nie było widać porozrzucanych na zewnątrz śmieci? Przecież posprzątanie tego to jeden dzień, a jaki nakład pracy w powieszenie 100 par karniszów/firan etc. Zresztą sami zobaczcie widok z Bookinga vs. rzeczywistość.

Obiecane.

 

Zapłacone i otrzymane.

Ale to są pierdoły, szczególnie przy tym co przyszło nam zobaczyć. Rzadko dzieła wykonane ręką człowieka wzbudzają mój zachwyt, ale tym razem udało się w stu procentach. Petra to doskonała symbioza zachwycającej natury i pracy człowieka. Poczucie estetyki przodków żyjących dwa tysiące lat wstecz jest dla mnie wciąż aktualne. Proste zdobienia, mocno ciosane skały dają poczucie ładu i czystości.

Flagowiec z Petry.

Teatr obsługujący widownię do 10 000 osób. Ciekawe czy jego budowa wywoływała takie emocje jak gliwicka Podium/Arena.

Główny szlak jest płaski, niewymagający i dostępny dla wózkowiczów. Niby ogląda się te budowle na zdjęciach, pocztówkach, ale na miejscu widok jest spektakularny, a sama droga godna uwagi. Emilia dwukrotnie całą trasę przespała więc mogliśmy się delektować widokami.

Michał ochoczo drepcze. Zwiedzanie poza sezonem ma swoje plusy było względnie pusto.

Na głównym szlaku.

Niczego nieświadoma Emilia.

Na końcu trasy głównej zaczynają się schody do Klasztoru. Ponieważ jesteśmy w Petrze dwa dni wspinaczkę odbywamy osobno. Pierwszym szczęśliwcem zostałam ja i wręcz przebiegłam całą trasę z ogromną przyjemnością 😉. Na końcu drogi widać zwykłe wzgórze i już mi się cisnęły przekleństwa do ust gdy spojrzałam w prawo. I zdziwko. Jak oni to zrobili? Uwielbiam i podziwiam ludzi, którzy osiągają mistrzostwo. Wykuwanie budynku w skale to unikalny talent. Ile rzeczy można zrobić gdy zrezygnuje się ze scrollowania 😉. Michał nie mógł się nadziwić co działo się gdy komuś omsknęła się ręka i przez przypadek uwalił za dużo skały. Zaczynali od nowa? Doklejali na kropelkę? A może mieszkały tam same zlote rączki jak Przemciu?

Przydrożni sprzedawcy umilają sobie czas herbatką.

Widok z drogi na „szczyt”. Dzień II z lepszą pogodą.

Nawet kot docenia ten widok. Piękny kadr w wykonaniu Michaszke.

Petra ma ciekawą historię i ze względu na położenie nie poddawała się kolejnym rządzącym z łatwością. I choć po całym dniu chodzenia jesteśmy zmęczeni to podstawowa trasa nie należy do trudnych. Dlatego nie potrafię pominąć tematu wykorzystywania zwierząt do przewożenia leniwych tyłków ludzi. Konie z morskiego oka mają codziennie SPA w porównaniu do tego co tutaj widzieliśmy. Osły wbiegające po schodach góra dół, góra dół. I wożą: małych, dużych, grubych, chudych, białych, żółtych, młodych i starych. I bierze ta matka 7 letniego syna na siodło żeby broń Boże nie musiał chodzić. To nic, że jego osła prowadzi inny siedmiolatek. Kompletny brak empatii. W pewnym momencie nie wytrzymałam i zapytałam się około 18 letniego młodziaszka ubranego w biele i beże, oraz czysciutkie New Balance „nie umiesz chodzić?”. Odpowiedział mi tylko, że to nie mój interes. Zgodziłam się z nim, ale osioł się go nie zapyta, a ja mogę. W każdym razie mam nadzieję, że zepsułam młodzieńcowi dzień. I ja wiem, że kij ma dwa końce i te zwierzęta bez tego poszłyby na rzeź. Wiem też, że to jest możliwość zarobku dla lokalnej ludności, ale mimo to stanowczo się sprzeciwiam. Nie winię lokalesów żyjących w symbiozie ze zwierzętami, ale wkurzają mnie turyści, którzy najchętniej zwiedzaliby w spodniach wyprasowanych na kant.

Osiołki odpoczywają po wożeniu ludzkich osłów.

Zabawy sensoryczne. Faktura: drewno z odrapanym lakierem.

Zabawy sensoryczne. Faktura: skała z Petry.

Kuchnia w Izraelu smakowała mi jak żadna dotychczas i odczuwałam ogromną radość na samo wspomnienie. To sąsiedzi, a jednak smaki zupełnie inne. Szkoda. Niestety jeżeli chodzi o kulinaria, znów bliżej im do Marokanczyków. Dlatego po 3 dniach lokalnej kuchni zamówiłam spaghetti bolognese. Uśmiechnęłam się pod nosem z jordańskiej wariacji na temat tego makaronu 😉.  Generalnie osobom podróżującym z małymi dziećmi polecam zabranie prowiantu dla nich ze sobą. Po pierwsze ciężko dostać tu coś bez dużej ilości przypraw, po drugie jest spektakularnie drogo. Po trzecie sanepid miałby tu rączki pełne roboty.

Spaghetti jak w mordę strzelił.

Już wkrótce ruszamy na pustynię Wadi Rum. Dwa dni w jednym miejscu z tą samą atrakcją to nie w naszym stylu i już tyłki palą. 😂

Cała trójka uśmiechnięta, bo ma się z czego cieszyć.

Share: