3.5 godziny – tyle potrzeba, aby z Krakowa przenieść się do innego świata. To niesamowite, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. O ile się ją wyciąga. Ten niepoprawny optymizm nas kiedyś zabije.

Co robimy na Sylwestra? – zapytał Michał siedząc na kanapie. Nie wiem, ruszamy się gdzieś. Może Praga? – odpowiedziałam. Po szybkim sprawdzeniu cen za noclegi Michał zachęcony ich absurdem znalazł lot do Jordanii. Tylko 700 zł obiecał. Skąd na kredytówce wzięło się – 2000 zł próżno pytać. Warunek był jeden, jeżeli mi się nie spodoba, to na dłuższy czas Michał da mi spokój z muzułmańskimi krajami.

Pobudka o 1.45, szybkie dopakowanie i ruszamy w stronę Krakowa. Emil jakby wiedział co się święci i obudził się na żarcie przed 24.00, także droga na lotnisko przespana. Jakie było jej zdziwienie, gdy otworzyła oczy na lotnisku.

Co tu się od Janie Pawliło? Gdzie ja jestem?

Pochłonięta bezkresem obszaru do raczkowania zapomniała o tym, że jest 4 w nocy. Strzeliła sobie szybką kimkę regeneracyjną podczas kontroli, tak żeby mieć pełnię sił do samolotu. Co ciekawe nikt porządnie nie spojrzał na jej twarz, łatwo wywieźć czyjeś dziecko, pytanie tylko kto by chciał 😉. 99% miejsc w samolocie było zajętych. Bogatemu się byk ocieli więc jedno za nami było wolne. Poprosiliśmy naszego współpasażera z rzędu o przesiadkę, na co przystał. Zyskaliśmy w ten sposób dodatkową przestrzeń, którą Emi świetnie zagospodarowała. I jak było? Wzorek, krótki lot to bułka z masłem.

Już w Ammanie. Michał odbiera samochód a dziewczyny mają piknik.

Od kiedy Emilia jest na świecie opuściło nas szczęście do pogody. Wiedzieliśmy, że nie czekają na nas tropiki, ale liczyliśmy chociaż na 15 stopni. I było, tyle że w pokoju… Po wylądowaniu trzeba było się pogodzić z tym, że pizgało złem. Jordanio, cóż masz nam do zaoferowania?

Stolicę – Amman – wykreśliliśmy z listy jeszcze w Gliwicach. Po 2 minutach po przyjeździe do Madaby, którą wybraliśmy w zamian wiedziałam, że to był dobry wybór. Przed oczami przelatywały obrazy, a w głowie wołanie: „ja to wszystko znam …. jak w Maroko”. Ziścił się mój najczarniejszy scenariusz, gdyż Maroka nie wspominam zbyt dobrze, przez zalegający wszędzie syf. Ale nic to, dajmy szansę. Madaba jest miastem mozaik, mozolnie układanych wzorów pamiętających starożytność. I silą się Ci blogerzy, którzy trafili tu jak i my, że warto, że wypada, a potem tam się jedzie i klops. Moim zdaniem nie warto. Miasto jest małe, pełno w nim śmieci i kopcących samochodów, a ruiny wyglądają tak jakby miały się zaraz rozpaść ze względu na to jak są utrzymywane.

Turystyczny kawałek miasta.

 

Cała reszta miasta.

 

Jedna z mozaik. Wrzucam żeby nie było, że jestem totalną ignorantką.

 

Przyjemny obiad. Wygoda podczas jedzenia czyt. krzesełko dla Emilii wygrało z lokalnym autentyzmem. Także jedliśmy przy choince w kraju Allaha.

Niestety pierwszy wynajęty pokój okazał się totalnym nieporozumieniem. Było zimno, wszędzie była pleśń, nie było ciepłej wody, a sam pokój sprzątany był wtedy, gdy kładzione były mozaiki. Także gdy tylko za niego zapłaciliśmy, odpaliliśmy neta i znaleźliśmy inny, 800 metrów obok. Wymęczeni wczesną pobudką padliśmy i spaliśmy dobre 12h.

Mieliśmy świetna wymówkę żeby zamówić jedzenie do łóżka. I cena przystępna w przeciwieństwie do tego co oferowano na mieście.

Nowy dzień przywitał nas deszczem. Uczymy jednak Emilię, że matka Cię oszuka, ojciec też, ale Google nigdy i gdy pogoda pokazuje słońce to tak będzie. Nawet jak widzisz, że pada. Zachęceni prognozami ruszyliśmy w stronę morza Martwego. Spostrzeżenie mam jedno. Choćby człowiek nie wiem jakim był syfiarzem, to jest też z natury leniwy więc syfi tylko koło siebie. Wystarczy się od niego oddalić i świat znów zachwyca. I ta objazdówa to było to. Jako dowód parę ujęć.

Surowa natura. Lubię to.

 

Takie tam zza rogu.

 

Przystanek na dosłowne rozprostowanie nóg. Jak widać beba na walizkach była prorocza.

 

W drodze do Petry, okolice Morza Martwego.

 

Moim zdaniem dla takich widoków można znieść każdą niedogodność.

Póki co jesteśmy zachwyceni gościnnością i serdecznością ludzi. Nauczeni doświadczeniem mamy włączony tryb, że to podstęp, ale wygląda na to, że po prostu tacy są. Dzisiaj Pan kelner skradł mi serce gdy zaproponował, że potrzyma Emilię żebyśmy mogli zjeść w spokoju. A jaka ona była zafascynowana nowym towarzystwem 😉.

Żegnając się z morzem Martwym ruszyliśmy w stronę Petry mając nadzieję, że 8 cud świata nas zachwyci. Trzymajcie kciuki żeby tak było. Zobaczymy go już za parę godzin.

Ps. Kilka zdjęć dla współtowarzyszy z Maroko, mam nadzieję, że łezka Wam się zakręci w oku.

Ta radość, że jesteś w samochodzie.

 

Wodzion, Krzysiu, Przemku wiecie, że zdjęcie nie oddaje. Uwierzcie to były te same emocje.

 

Przydrożny Auchan.

Share: